Przyznam się szczerze, takiej sytuacji z Urzędem Celnym jak i Pocztą nigdy nie miałam. Więc napiszę post ku nie tyle co przestrodze ale dla tych, którzy mają częste "stosunki" z obiema tymi instytucjami ale raczej jako poradnik, jak ugryźć problem tego rodzaju. Ale od początku.
Wszystko zaczęło się w zeszłym tygodniu, bodaj w środę. Przychodzi listonosz i ma dla mnie paczkę z UC (w niej oczywiście długo oczekiwana figurka Rin). Przesyłkę odbiera mama. Nadmienię tylko, że w tych dniach lało jak nigdy i niestety część kurierów zamiast dostarczać paczki, wrzucała na beszczela awiza. Wracam do domu, mama w pracy. Cieszę się jak cholera z nowej figurki. I nagle dostrzegam coś nieprawdopodobnego, coś co nie mogło się zdarzyć a jednak - listonosz nie pobrał opłaty celnej a dokumenty dla UC elegancko przymocowane przy paczce. Zbaraniałam z lekka. Mama wraca z pracy i pytam się jej jak to możliwe, że nic nie zapłaciła. Mama na to, że on nic nie chciał i chyba nawet nic nie podpisywała. No to mamy klopsa :)
Jako, że w zeszły piątek dostałam również kolejne dokumenty celne (państwo najwidoczniej Nam ubożeje, bo pobierają już opłaty od kwot od których zazwyczaj odstępują z naliczaniem cła i vatu) i akurat dzisiaj pojechałam na Łączyny złożyć dokumenty na Nyanko, to pomyślałam, że zabiorę z sobą dokumenty od Rin i zapytam się co z tym fantem zrobić. Należy pamiętać, że prawo karno skarbowe nie zwalnia z obowiązku niepłacenia "podatków" nawet w momencie niedopełnienia obowiązków przez urzędników - w najgorszym wypadku, gdybym tego nie zapłaciła to mogą do mnie wystosować pismo i rozpocząć procedurę w celu ściągnięcia należności. No tego nikomu nie życzę a już na 100 % nie sobie.
Podchodzę do okienka, przedstawiam obraz sytuacji.
- Ale jak to nie pobrał? - Lekkie niedowierzanie na twarzy funkcjonariuszki UC.
- No nie pobrał. Wie Pani, bo ja bym nie chciała żeby ten Pan miał jakieś nieprzyjemności z tego tytułu. A z drugiej strony nie chciałabym aby mnie ścigali, że nie zapłaciłam.
- Zmartwię Panią, i tak będzie miał nieprzyjemnośći.
- Bo widzi Pani, na tym druku jest napisane, że "pobraną należność wraz z drukami należy odesłać na Urząd Celny na Łączyny" a jako, że dzisiaj składam inne dokumenty to pomyślałam, że może będę mogła to tutaj uregulować albo uzyskać jakąś informację - moja oczka jak u kotka ze Shreka, krzyczą "help me".
Sumarycznie Pani nie wiedziała co zrobić, więc poprosiła bym chwilę poczekała. Dzwoni, dzwoni, dzwoni. Nie wiadomo skąd pojawia się z 5 osób i debatują. W między czasie złożyłam dokumenty na Nyanko, w okienku pocztowym nadałam listy, napiłam się kawy z automatu i poszłam na fajka. Z 30 minut, tak na oko. Wychodzi jedna z Pań i mówi, że sytuacja kuriozalna ale oni nie mogą bezpośrednio pobrać ode mnie należności i że muszę jechać do swojego Urzędu Pocztowego. Zdębiałam. Zaczęła mi tłumaczyć jaka jest procedura ale mój mózg nie chciał jakoś jej zapamiętać - sumarycznie chodzi o to, że UC ściąga z konta Urzędu Pocztowego należności albo wysyła monity jak nie ma tej konkretnej? Nie wiem, ten fragment przemilczę. Za dużo tego było.
No to jadę. Dodam wkurzona, że muszę "zapierdzielać" z jednego krańca Warszawy na drugi. Wchodzę na Pocztę, jest kilka osób ale myślę sobie, że nie będę czekać jak ten "jelonek", bo w między czasie zadzwonił kurier, że ma kolejną przesyłkę - wyjaśniam, u mnie to norma :)
Podchodzę do okienka:
- Najmocniej przepraszam, czy mogłabym poprosić kierownika Urzędu bądź kierownika zmiany?
- Ale w jakiej sprawie? - pytanie się Pani z okienka.
- W skrócie: dostałam paczkę z Urzędu Celnego i naliczoną należnością, której nie pobrał listonosz.
- O masz ci los! Niech Pani chwilkę poczeka, ja tutaj już otworzę boczne drzwi, momencik.
Jako rzekła tak się stało. Wchodzę, po podłodze walają się paczki i na wprost biurko Pani kierownik. Wymiana grzeczności. Awarot mówię o chodzi. Pani kierownik, że ona ma mój numer telefonu i kilku innych osób, którym były dostarczane paczki z UC ale nie wiedziała, od kogo należność nie została pobrana bo nie ma protokołów i czy nie wiem przypadkiem, który to listonosz. No to ja że nie wiem, bo nie ja odbierałam, że byłam na Łączyny dzisiaj w tej sprawie, etc. No to ona, że bardzo dziękuje, że się pofatygowałam (pamiętajcie o ściąganiu należności w trybie karno-skarbowym), że przeprasza, i już bez kolejki przy okienku mogę zapłacić. Kolejna wymiana grzeczności. Adios amigaos.
A morał z tej bajki jest taki - jestem zmęczona ;)
Ktoś mógłby powiedzieć, że skoro mama nic nie podpisywała, a listonosz nie pobrał - to jego ból i strata a za swoje błędy trzeba płacić. I w sumie jest w tym trochę racji. Ale z drugiej strony, jakby jakimś cudem nie doszli od kogo nie pobrali kasy, to taki listonosz/przewoźnik musiałby zapłacić z własnej kieszeni a oni raczej ani łatwej pracy nie maja ani dużo nie zarabiają. Poza tym czułabym się z tym źle. Nie żebym czuła się dobrze, jak UC mi nalicza cło i VAT ale sami rozumiecie - no tak jakoś dziwnie. Ahhh ta moja moralność :)