czwartek, 23 grudnia 2010

Robosquare Fukuoka.


Naszło mnie na wspominki, może dlatego że rok się kończy, dzisiaj są urodziny Cesarza a poza tym w Polsce jest zimno i chce mieć wakacje. Tak więc zaczęłam przeglądać zdjęcia i filmy z Japonii (w międzyczasie pakując prezenty). Prezenty?! Co ja bym chciała znaleźć pod choinką? Może AIBO.
Czym jest AIBO. Najprościej można powiedzieć, że to piesek ale jaki wyjątkowy bo to robot. Zaprojektowany został przez Pana Sorayamę a wyprodukowany przez firmę Sony w 1999 roku, choć prace nad nim trwały od 1994 roku. Miałam przyjemność go głaskać w sklepie a tym samym centrum pokazowym, które nazywa się Robosquare w mieście Fukuoka w którym spędziłam kilka niezapomnianych dni. Niestety, nie można go było kupić ale za to było dane mi obejrzeć niesamowity pokaz umiejętności taneczno-wokalnych tego cuda. Nie pogardziłabym takim prezentem, mimo że za bardzo nie przepadam za psami, mojemu sercu bliższe są koty.

Kilka zdjęć oraz film, który nakręciłam.

Robosquare Fukuoka AIBO.

Robosquare Fukuoka AIBO.

Robosquare Fukuoka AIBO.

Robosquare Fukuoka AIBO.



Jeśli ktoś z Was jest bardziej zainteresowany Robosquare to zapraszam na ich stronę.

niedziela, 12 grudnia 2010

Kilka nowych / starych figurek.


Jak w temacie. Bardzo się ociągam z robieniem zdjęć moim zdobyczom. Na Figure Maniacs Igor ciągle mnie gania co bym zamieszczała szybciej zdjęcia. Ale jakoś tam mam chwilowy spadek formy, i to zarówno fizycznej jak i psychicznej. Może tej ostatniej zdecydowanie bardziej. No ale nie mogę ciągle się wymigiwać, więc tak. Nastał ten dzień - oto one (nie wszystkie ale kilka).

Naked Star figure.

Black Rock Shooter.

Momohime figure by Alter.

Asuka figure.

Aegis figure from Persona 3.

Collet figure by Native.


niedziela, 28 listopada 2010

Ciasteczka NGE.


Kupione w Tokyo a dokładnie w budynku Metropolitanu. Patrząc od strony Keio Plaza Hotel w prawej części. Było tam bardzo dużo przedmiotów z tego anime - jakieś figurki, puzzle, zawieszki, etc. Jednak najbardziej moja uwaga skupiła się na ciachach. Data przydatności do spożycia zbliżała się nieuchronnie, także musiałam odpakować i spróbować. Smaczne - do kawusi idealne. A co ciekawe na każdym ciachu jest wizerunek postaci z NGE albo logo. Do opakowania dorzucono przypinkę. Trafiłam na śliczną buzię Rei. Kosztowały z 500 yen, czyli jakieś 17 zł.

Cookies from NGE.

Cookies from NGE.

Cookies from NGE.

Cookies from NGE.

Cookies from NGE.

Cookies from NGE.

niedziela, 21 listopada 2010

After - czyli po wystawie nihonto w Krakowie.


Już dawno temu zakończyła się wystawa mieczy japońskich (nihonto) w dawnej stolicy Polski. I tak zbieram się co by o niej coś fajnego napisać, bo pośrednio też w niej uczestniczyłam. Bardzo pośrednio ale zawsze coś. Jest wiele spraw do których można się przyczepić ale trzeba wyraźnie podkreślić, że na skalę Polski była to niewątpliwie największa wystawa z kolekcji prywatnych. No tak, w Naszym kraju są ludzie którzy się tą tematyką zajmują (czyli Stowarzyszenie do którego mam przyjemność należeć). W każdym bądź razie na YT pojawił się 15 minutowy filmik z Prezesem Panem Krzysztofem Polakiem i Panem Wojtkiem czyli z shiro.

A teraz prostując pewną "sprawę" - najmłodszy eksponat, czyli osoraku nie jest z 2002 roku ale z 2003 a to dla tego typu broni obecnie ma znaczenie. No dobrze - chciałam zabłysnąć ^^





wtorek, 16 listopada 2010

Miku w Naszej TV.


Mam pytanie. Czy ktoś z Was oglądał ostatnimi czasy wieczorne wydanie Wiadomości na TVP2? To obejrzyjcie sobie to na spokojnie. Czekam na komentarze ;)



poniedziałek, 15 listopada 2010

Zakaz palenia wg. ustawy a Japonia.


Jasne, zabrońmy wszystkiego...

Najpierw papierosy bo szkodzą wszystkim (palącym i niepalącym), to nic, że palacze kupując paczkę papierosów płacą podatek na Służbę Zdrowia i akcyzę do Skarbu Państwa. Przecież to marne pieniądze, tylko 4% PKB w skali roku.

Potem zabrońmy picia alkoholu bo to przecież: wszyscy co piją się awanturują, stwarzają zagrożenie, etc. A i zabrońmy tego w Naszych domach - tak na wszelki wypadek.

Następnie - zabrońmy seksu przed małżeńskiego bo to nie po chrześcijańsku - a Polska w Konstytucji ma zapisane przecież, że my Polacy to kraj wybrany przez Boga, etc. Przy okazji możemy też "zabić" wszystkich aseksualistów i homoseksualistów.

Więcej ironicznych pomysłów chwilowo nie mam, ale zakładam się że coś bym wymyśliła przy dymku, w gronie znajomych różnej orientacji i przy piwie w ulubionej knajpie.
Zabrońmy wszystkiego- tylko mam jedno pytanie, co w zamian dla osób palących. Skoro chcą Nas (i mnie) karać to niech wyznaczą strefy publiczne dla palących, niech napiszą ustawę która będzie szczegółowa, niech nie podnoszą akcyzy na wyroby tytoniowe co pół roku, niech będzie więcej śmietników, etc.

Coś za coś "drogi" Parlamencie - coś za coś. A nie tylko zabierać, zabierać i ograniczać - to Wam wychodzi najlepiej.

No tak mnie to zdenerwowało, że musiałam coś napisać bo mnie aż skręca. Polska to faktycznie zacofany kraj i to jak! W Japonii również jest zakaz palenia, wszystkie ulice są oznaczone i każdy wie, że nie wolno mu zapalić. Ale jednak coś za coś, bo:
- każda knajpa, restauracja, etc. ma wydzielone miejsca dla osób niepalących. Albo jest to osobne pięto albo osoba sala z pełną wentylacją;
- przy każdym przystanku i przy każdym metrze jest zamieszczona dokładna mapa, gdzie się teraz znajdujemy i pokazane są miejsca dla osób palących,
- w Shinkansenach można palić w osobnych wagonach, ba w każdym pociągu oprócz metra;
- w każdym sklepie można kupić "przenośne popielniczki", że jak człowiek nie ma gdzie zapalić to wyciąga (ja to tak nazywam) peciuszkę i jara, popiół do niej i nikt nie śmieci;
- i w życiu nie widziałam w Japonii aby kogokolwiek karali za palenie na ulicy.

piątek, 5 listopada 2010

Magic mouse.


W życiu mam kilka słabości takich jak: kawa, papierosy, figurki, koty, książki i gadżety. No w sumie jest ich znacznie więcej ale te kategorie pojawiają się najczęściej. Ale ten post będzie dotyczył konkretnie jednego gadżetu a mianowicie nowej myszy do komputera. No ale co ma gadżet a mysz wspólnego. Nie wiem, to znaczy hmm jak pojawia się coś fajnego, co mi się bardzo spodoba i choćby to "coś" było drogie to i tak to kupię. Racjonalną to mnie raczej nie można nazwać :)

W każdym bądź razie ostatnia mysz do Mac'a nie spisywała się zbyt dobrze. Ciągle musiałam czyścić suwak a to było strasznie uciążliwe. Jednak podczas pobytu w mieście Hakata wpadłam do sklepu Big Camera o którym wspominałam już wcześniej i zakupiłam sobie nowiutką myszkę Magic Mouse od Apple. Powiem tylko tyle - jest wspaniała, genialna i była tania co przemawiało za jej zakupem. Dokładnie kosztowała tylko 6,800 yen czyli jakieś 230 zł. Opłacało się ;)

Magic mouse.

Magic mouse.

Magic mouse.

Magic mouse.


wtorek, 2 listopada 2010

Otacool 3.


Bardzo dawno temu zamieściłam post o trzeciej odsłonie Otacool, której tematem przewodnim tym razem było miejsce pracy tzw. otaku. Od tamtego czasu kilka rzeczy uległo znaczącej zmianie. Wiem jak to brzmi ale co innego mogę napisać, że ... dzięki współpracy z figurkowem i zamieszczeniu informacji o tym "wydarzeniu" aż 5 osób z Polski (tak, tak - naszego kraju) znalazło się na łamach tego wydania. Czy jest to sukces? Jasne, że tak! Nie dość, że katalog jest wydawany w języku japońskim (wydawcą jest Kotobukiya we współpracy z Danny Choo) to jeszcze ma wersję anglojęzyczną. Jeżeli ktoś przypadkiem natrafi na niego to zapraszam do zajrzenia na następujące strony Otacool 3:

- str. 78-79 należy do mnie ^^,
- str. 122 to odpowiednio Beata B, Maciej K., Marcin,
- str. 123 to Przemek L.

Wszystkim gratuluję! I tym sposobem pokazaliśmy, że Polska też widnieje na mapie otaku i mamy się czym pochwalić ;)

Co do mojej osoby, wspomnę tylko tyle, że zostałam wybrana przez Wydawcę i nagrodzona. W każdym bądź razie Kotobukiya przysłała mi 3 egzemplarze już wydanych katalogów Otacool od 1 do 3 włącznie. Pech niestety chciał, że akurat szykowałam się już do wyjazdu do Japonii, także bardzo przepraszam, że tak późno zamieszczam zdjęcia.

Otacool 3.

Otacool 3.

Otacool 3.

Otacool 3.

Otacool 3.


czwartek, 28 października 2010

Po Japonii.


Ja wiem... Dawno już wróciłam z kraju kwitnącej wiśni, chociaż teraz to raczej kraj czerwonych klonów ale jakoś nie mogę zebrać się w sobie aby dokończyć sprawozdanie z wyjazdu. I wcale nie chodzi o to, że mi się nie chce ale (jak zwykle) brakuje mi czasu. Jednak postanowienie zrobiłam, także nie ma przebacz. Sądzę, że w przeciągu kilku dni bądź maksymalnie tygodnia (no dobrze, dwóch tygodni) nadrobię tą zaległość - rażącą dodam przez grzeczność.

Obecnie mój czas poświęcam kilku projektom, do tego dochodzi jeszcze Uniwersytet a właściwie zajęcia na nim, kilka spraw osobistych i masę zaległości w tym telefonicznych (pozdrowienia dla Kuby :) ).

W ostatnim tygodniu trzeba było pomóc tacie z mieczami nihonto, bo wystawa w Krakowie dobiegła końca a z tego co wiem szykuje się następna. Doszły do tego jeszcze urodziny Magdy, mojej przyjaciółki no i spotkanie z podstawówki, zakupy z Martą i ustawianie spotkania związanego z Halloween z Charlie. Także było trochę tego. Jednak długa droga mnie jeszcze czeka, bo temat figurkowym praktycznie zostawiłam. Nie, spokojnie, nie o to chodzi, że przestałam się nimi interesować ale jakoś nawet nie mam czasu co by powrzucać zdjęcia nowych zdobyczy, w sumie tych starszych również a za chwilę dojdą jeszcze nowe, gdyż AmiAmi z całą pewnością w tym tygodniu wyśle wezwania do zapłaty.

Na całe szczęście bynajmniej w pracy jestem ze wszystkim na bieżąco a to już dużo ;)

czwartek, 7 października 2010

Japonia 2010 - dzień 15, 16 i 17


Kolejny dzień i kolejne wyzwanie. Czyli ciąg dalszy przygód w mieście o dwóch nazwach Hakata/Fukuoka. Po śniadanku i kilku papieroskach nie było sprecyzowanego planu co dalej. Może inaczej. W tym mieście jest za dużo rzeczy do zwiedzania, że aż trudno się zdecydować co wybrać, biorąc pod uwagę stan nóg. W sumie można było dokończyć plan z poprzedniego dnia, czyli pojechać do Mariony albo ewentualnie przeżucić się promem na drugą stronę wyspy do całkiem przyjemnie wyglądającego na folderach reklamowych akwarium. Jednak nogi odmówiły. Stanęło na tym, że skoro jesteśmy przy stacji JR (tak, hotel jest oddalony od niej o jakieś 50m, znaczy od wejścia) to może coś bliżej dało by się zwiedzić. Hakata ma 3 linie metra, także nie ma problemu z dojechaniem do jej poszczególnych dzielnic. Więc jeden przystanek metrem i jesteśmy w Gion. Konsternacja, bo w Kyoro też jest Gion - widać, to dość popularna nazwa. Dosłownie 50m od wyjścia A1 ze stacji Gion znajduje się jednak z najstarszych świątyń shinto, na której terenie podobno pochowani się władcy regionu za czasów panowania rodu Tokugawa. Niestety część świątyni jest obecnie odnawiana a dokładnie pagoda - z tego co pamiętam mają ją oddać za 2 lata. Niespełna kilometr dalej udało się dojść mimo żaru z nieba do kompleksu świątynno-"mieszkalnego". Problem polega na tym, że przeszłam przejście o jakieś 200m i za przeproszeniem, owszem weszłam na jej teren ale od "dupy strony" :D No cóż, nobodys perfect. Faktycznie kompleks jest bardzo duży i aż pachnie starością, na tyle mocno, że jego znaczna część również jest odnawiana - niech mnie ktoś zastrzeli. Ale za to można, na środku niewielkiego jeziorka napić się w tradycyjny sposób zielonej herbatki. Poprawka, prawie w tradycyjny sposób, to ceremonia jest znacznie skrócona. Słonko dopiekało coraz bardziej a że nie miałam dokładnej mapy Hakaty, to trochę się pobłądziło zanim jakimś cudem i przy pomocy tłumu ludzi udało się dotrzeć do jednego z ciekawszych targów pod dachami. Nie wiem dokładnie ile w metrach ma on długości, ale sądząc po bólu mięśni, minimum 700m spokojnie. Co tam można znaleźć hmm jedzenie, papierosy, sklepy 100 yen, papier washi, ciuchy, etc. Wszystko co potrzeba. Na zegarku zrobiła się godzina 14 a słońce nie odpuszcza. W pobliżu targu znajduje się Canal City Hakata czyli ogromniasty dom towarowy, ze wszystkimi możliwymi dobrami. Jak jest duży? Widział ktoś Złote Tarasy? No to pomnoży to przez 3, to wtedy pojawi się obraz Canal City. Samo pobieżne przejście, tempem spacerowym przyśpieszonym zajęło mi ok 1,5 godziny. A że chciałam się jeszcze wrócić do firmowego sklepu NorthFace'a to jeszcze więcej - tam, zakupy zrobiłam. Po tych emocjach, spacerem w stronę hotelu, czas na poszukiwanie jedzonka na obiado-kolację, załatwianie biletów na jutrzejszy dzień i wstępne pakowanie i kolejna paczka do kraju. Wieczorem znowu do sklepu Yodobashi Camera w celu zakupu figurki i pobawienia się ekranem dotykowym w knajpie szybkiego sushi. Przednia zabawa, mogliby coś takiego u nas zrobić.

Next day - Kumamoto

Welcome to Kumamoto. Tak brzmiał napis na stacji JR tego miasta. Całe szczęście, że hotel był blisko niej, to mimo puszczenia wczorajszego dnia paczki z Hakaty plecak jakoś nie wskazywał różnicy wagi na minus. Podróż z Hakaty do Kumamoto to niespełna godzinka - także luzik. Hotel przyjemny, nawet posiadający własną wypożyczalnię rowerów. Niestety check-in dopiero o 15. Długo się nie zastanawiając szybko w długą przypuścić atak na miasto. Pierwszy i obowiązkowy punkt programu to oczywiście zamek. Niestety konstrukcja ta nie miała szczęścia jeśli można tak powiedzieć, ponieważ wielokrotnie cała albo jakaś jej części były niszczone. Obecne rekonstrukcja już betonowa pochodzi z 1968 roku - chyba. Ale mury obronne lub warowne jak kto woli, są niesamowite. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Moje płuca wołały o pomoc, gdy wdrapywałam się w kierunku głównej wieży - boskie, to koniecznie trzeba zobaczyć. Jak wspominałam, zamek jest już betonowy w środku ale swoim obecnym kształtem odzwierciedla w 99,9% ten sprzed wieków. Tym bardziej, że za każdym razem kiedy zmieniał się Pan albo ród na nim, ciągle coś się zmieniało w jego budowie. Obok main tower znajduje się całkiem przyjemnie wyglądające i zagospodarowanie muzeum ze zbiorami z okresu świetności zamku. Samo zwiedzenie góry zajmuje spokojnie dwie godziny. Jako, że w Kumamoto niestety tylko jeden dzień, to trzeba był się streszczać z czasem, co by jak najwięcej zobaczyć. Obok zamku jest Kumamoto Craft Center, czyli coś na wzór Naszego regionalnego domu kultury z tym jednak, że o niebo fajniejsze. Apropos nieba - żar jak nie powiem co. Z centrum spacerkiem przedostać się na jedną z największych w tej okolicy ulic handlowych. W internecie, na stronie miasta podali, że ma ona tylko 1,5 km. Faktycznie szło się długo. Fajna sprawa, że na głównych elewacjach zainstalowano zraszacze z parą wodną dla ochłody. Ta ulica od stacji JR, na którą musiałam się z powrotem dostać, jest oddalona o dość znaczny kawałek drogi ale dzięki tramwajom podróż zajęła z jakieś 10 minut. Bileciki na jutro załatwione, Mos Burger i Mister Donut też (no przecież, jeść coś muszę) i abarot do hotelu. Pokoik przyjemny, klima działa, łazienka ciasna ale "własna", można spokojnie zapalić :)

Next day in the morning śniadanko w hotelu. Pakowanie dobytku z wczorajszych szaleństw zakupowych, check-out i na stację JR. No to jedziemy do Beppu - czyli jednego z ulubionych miejsc mojej mamy. Beppu to niewielkie miasto znajdujące się w prefekturze Oita. Pogoda jakby się popsuła, nawet zaczęło kropić. Podróż z Kumamoto do Beppu to jakieś 3-4 godziny pociągiem JR. Byłam już w Beppu i pewnie wracam do niego w pewnym sentymentem, bo jest po prostu fajne. Bagaż plus ból w nogach i perspektywa 4 minutowego spaceru (tak napisali na stronie) do hotelu wydawały się nieosiągalne - ale polak potrafi. Wieczorkiem spacerek po ulicach Beppu, główny deptak i ogólnie leniuchowanie - trzeba naładować akumulatory na następny dzień.

See ya!

O nie... w automacie hotelowym nie ma piwa Asahi, jest tylko Kirin i Sapporo - a niech ich! Dobra, biorę Kirina =.="

piątek, 1 października 2010

Japonia 2010 - dzień 13, 14


Mam jakieś szczęście do pogody. Cały czas uciekam przed deszczem, tylko jakiś ogonek mnie chwyta ale i tak nie na długo. Kolejny dzień w Shin-Yamaguchi był wyjątkowo ciepły. Ale samo miasto jest tylko przesiadką, ponieważ miejscem docelowym jest Hagi. Czym jest Hagi? Wielką (no może nie aż tak wielką) miejscowością słynącą przede wszystkim z bardzo drogiej ceramiki. Jak bardzo drogiej, ktoś może zapytać. Opiszę to tak - gdyby zliczyć wszystkie moje lalki, zsumować ich wartość to może starczyło by na jeden wazonik :) Sumarycznie, udało się znaleźć (to bardzo dobre słowo, bo gdyby nie mój wcześniejszy research to nic by z tego nie wyszło) aż 3 fabryki, wytwórnie ceramiku RAKU z Hagi. Druga połowa mojej wycieczki, która ma na tym punkcie fioła zrobiła zakupy - także wszyscy byli szczęśliwi. No prawie - mnie coś złapało i cały czas zwijałam się z bólu. Po wnikliwym przejściu miasta, szybka przesiadka w pusty autobus (poważnie, był pusty) z Higashi-Hagi do oddalonych o jakiś 30 km jaskiń - największych w Japonii (podobno). Tam bardzo szybki sprint przez mokre, niesamowite skalaktyty, bo oczywiście Pani z informacji turystycznej wprowadziła w błąd. Zamiast mieć czas na spokojne przejście jaskiń czyli jakieś 3 godziny i wieczorny powrót do hotelu, okazało się, że wedle moich wyliczeń czas przewidziany na zwiedzanie wynosi 1,5 godziny... Długo się nie zastanawiając, mknę w wywieszonym językiem jak głupia (już poinformowana blondyneczka, rozpychając przerażonych japończyków) co by zdążyć na autobus powrotny do Shin-Yamaguchi :) Zdjęcia zrobione, nic nie kupiłam ale na autobus zdążyłam. Wieczorem już spokojnie na stację JR, załatwić bilety do Hakaty.

Obecnie Hakata wygląda jak jeden wielki plac budowy. Dworzec w przebudowie, jak go skończą pewnie będzie większy niż w Tokyo, i z 2 razy taki jak w Kyoto. Co chwila z telewizora ktoś krzyczy o wielkim otwarciu czegoś tam a to dom towarowy, hotel, stadion, etc. Jak przyjechałam zrobiłam mały rekonesans wokół hotelu, od taki wieczorny spacerek na 2 godzinki ale wszystkie mnie bolało więc do hotelu przespać się trochę. Potem już tylko coś na ruszt i znowu spać.

Następny dzień i znowu ponad 30 stopni w cieniu. Plan jest taki: znaleźć ruiny zamku Fukuoka, "wdrapać" się na Fukuoka Tower i przedostać się do Mariony. Niestety, ten żar z nieba ograniczył moją mobilność i udało się zrealizować tylko dwa pierwsze punkty z planu. Ruiny zamku są niesamowite, ogromne i aż szkoda, że miasto nic nie robi aby przywrócić blask tej budowli. Chociaż z drugiej strony, może to i lepiej, bo jak pomyślę co zrobili z zamkiem w Osace to mnie trafia. Blisko ruin jest bardzo popularne miejsce do biegania i szeroko rozumianego odpoczynku, czyli park Ohori. Spacerem w nim zaliczona, tak samo jak kawa w Starbucks który się tam znajduje. Tą samą linia metra przedostałam się w pobliże wierzy. W internecie napisali, że od stacji to jest jakieś 20 minut... sprawdziłam, zajęło to dobre 35 minut plus ciepełko. Wieża z zewnątrz robi bardzo pozytywne wrażenie, niestety jest konstrukcja jest pusta w środku, czyli poza kilkoma sklepami na dole, i punktem widokowym na szczycie nic tam nie ma. No może z wyjątkiem Pani przewodniczki, która wkurzającą angielszczyno-japońszczyzną informuje, że na górze nie ma łazienek... Poczułam się jak małpka w zoo :D Po opuszczeniu tego przybytku, szybko w cień do budynku obok, gdzie mieści się prywatna telewizja i przede wszystkim sklep z robotami. Słyszeliście kiedyś o mechanicznym, robocie psie AIBO? Nie :) Hmm... mam z nim film ale wrzucę go na YouTube jak wrócę. Po tych atrakcjach jeszcze ceremonialne zmacanie wody i powrót do hotelu. Przerwa na papierosa a btw., ceny fajek w Japonii podrożały. Wieczorem szybko do Yodobashi Camera, która na nieszczęście mojego portfela zlokalizowana jest za blisko hotelu, ostatnie piętro i pierwsze w życiu elektroniczne zamawianie sushi. Zamówienie dostałam :)

See ya!

wtorek, 28 września 2010

Japonia 2010 - dzień 10, 11 i 12


Przez kilka dni nic nie pisałam, wiem ale niestety - ludzki organizm ma swoją wytrzymałość. Norma mojego dawno została przekroczona :)

Ale wracając do sprawozdań z pobytu w Japan. Kolejny dzień w Kyoto poświęciłam na targ staroci. Dowiedziałam się o nim całkiem przypadkowo a że trwał tylko jeden dzień, to nie było przebacz. W informacji powiedziano, iż będzie tam około 100 straganów. Trochę się pomylili, bo oprócz stoisk z jedzonkiem, całość oceniam na jakieś 400! Było bardzo dużo ludzi i czasem nie dało się dojść i dokładnie obejrzeć co takiego mają u siebie sprzedawcy. Kilka pozycji naprawdę wartych uwagi ale koszta trochę za wysokie. Po 4 godzinach tam spędzonych i zaliczeniu yakisoba, wróciłam na chwilę do hotelu. Wiadomo - trzeba zapalić i podładować akumulatory. Potem szybko do sklepu z mieczami. Nie wiem kiedy zrobiło się ciemno, więc w te pędy na Karasumę do Daimaru po jedzonko i uzupełniacze do paczek.

W ostatnim dniu w mieście gejsz, odwiedziłam (już standardowo) świątynię wody. Byłam lekko zaskoczona, bo wszędzie rusztowania czyli szykują się do jakiejś większej renowacji. Na dole stoku, poniżej cmentarza wybudowali drogę - na świętej górze... drogę! Podziwiam ich :) Dalej przerwa na papieroska, przy najpyszniejszych lodach - czyli lód polany sokiem owocowym. Słoneczko przygrzewało nawet za bardzo ale dało się wytrzymać. Po obejrzeniu pagody, mały spacerek na Gion. Byłam tam kilka razy ale nigdy jakoś dokładnie nie udało mi się połazić po tej części Kyoto. Tak, tym razem również mi się nie udało ale już nie z mojego powodu. Po prostu była jakaś (tak sądzę) ważna impreza dla tylko ważnych ludzi, gdyż połowa Gion była zamknięta. Tego się nie spodziewałam. Szybka korekta planów i poszłam na okonomiyaka do najlepszej knajpy w tej dzielnicy. Bardzo lubię okonomiyaki i nawet od czasu do czasu z rodzinką przyrządzamy sobie to szamanko w domu. Każdy region Japonii ma własną wersję tego dania, mi najbardziej pasuje ta z wyspy Miyajima ale, że do Hiroshimy daleko więc Kyoto też jest dobre :) Po jedzonku był mały, późny spacerek nad rzeką, kawa w knajpie i szybko do hotelu załadować paczki do końca i wreszcie je wysłać. Wyszły dwie, choć plan opiewał na tylko jedną. Wieczorem poszłam jeszcze załatwić miejscówki na Shinkansen do Shin-Yamaguchi i wreszcie spać.

Następnego dnia, po obfitym śniadanku w Granvi i załadowaniu plecaka na plecy oczekiwanie na stacji Shinek na pociąg. Podróż była dosyć długa ale sumarycznie udało się dotrzeć do celu. Niestety w Shin-Yamaguchi lało okrutnie. Plan na resztę dnia prezentował się w następujący sposób: znaleźć 7/11 albo Lawsona, kupić zapas jedzenia i nie wychodzić z pokoju hotelowego nawet na krok. Plan został zrealizowany w 100%. Na następny dzień zapowiadali słoneczko.

sobota, 25 września 2010

Japonia 2010 - dzień 8 i 9


Po przyjeździe do Kioto należało zrobić mały rekonesans, co w tym mieście się zmieniło. Dworzec w Kyoto stoi tak jak stał i nadal przyciąga uwagę swoją architekturą. Porta i Cube ciągle się zmienia, dochodzą nowe kawiarnie i sklepy. Trudno mi powiedzieć, czy widziałam je poprzednio czy też nie. Wieczorem po przyjeździe pojechałam na Karasuma dori, czyli na największą dzielnicę handlową w mieście. Można tam kupić praktycznie wszystko czego dusza zapragnie. Przeszłam sobie po sklepach z figurkami, niestety nie znalazłam w nich pozycji, których szukałam. No może poza figurką Asuki od Aizu ale chcieli za nią 16,000 yen - wiem, to i tak taniej niż bym ją chciała sprowadzić do kraju. Jeszcze się zastanawiam. Sklep z papierosami ma właśnie urlop, więc pewnie nie uda mi się nabyć Black Stone. Tej ulicy handlowej nie da się przejść spokojnie w ciągu 2 godzin. Trzeba na po poświęcić minimum dwa razy tyle. Zmęczenie po podróży dawało się we znaki, więc wróciłam do hotelu, jeszcze zahaczając o pocztę. Koniecznie musiałam kupić pudełka, bo trochę się nazbierało tego wszystkiego. Nadszedł czas pakowania i okazało się, że wyszły dwa pudełka. Po wysłaniu tego wszystkiego, zrobiłam sobie wieczorny spacerek. Kyoto ma w sobie coś magicznego. To moje ulubione miasto w całej Japonii. Przyjemny wiaterek, chłodek, pięknie podświetlone ulice - czysta magia. Przespałam całą noc jak zabita :)

Następnego dnia po śniadanku wybrałam się liniami Kintetsu do dzielnicy Muromachi, która słynie z wytwórni sake. Niestety w hotelu dali trochę błędne informacje, co do firm, które można odwiedzać ale udało się dotrzeć (jakimś cudem, po 2 godzinach "spaceru") wreszcie do tej właściwej, czyli Gekkeikan. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, gdyż po pewnych perypetiach natrafiła się możliwość zwiedzenia bardzo starego, bo prawie 400 letniego domu gościnnego, przeznaczonego dla gości jednej z wytwórni sake. Dodam tylko, że związanej z jednym z generałów Nobunaga. Sumarycznie zakupionych zostało kilka butelek sake, win i niezliczona ilość czarek i ceramiki. Kolejna paczka do kraju będzie szykowana :) Po pół dnia, które tam spędziłam, z tym całym przybytkiem nadszedł czas powrotu do hotelu. Chwila odpoczynku i ponownie w miasto na Karasumę. Tym razem na celownik został wzięty sklep z papierem washi, księgarnie, sklepu za 100 yen i sklepy z nożami. Jestem przerażona ile oni tutaj tego mają. Musiałam napić się kawy ^^ Czas ciągle pędził wieć szybko do Daimaru bo własnie zaczęły się wyprzedaże - nie powiem ile kupiłam, bo wyjdę na zakupoholiczkę. No nic, kończę ten dzień :)

piątek, 24 września 2010

Japonia 2010 - dzień 6 i 7


Iseshi jest piękne, niby lekko senne miasto ale jak przychodzi do festynów to nie wiadomo skąd pojawia się tłum turystów. Podroż z Nagoya do Ise pociągiem MIE zajęła mi z 2 godzinki. Hotel, w którym się zatrzymałam należał go drupy Green Hotels i był bardzo fajny. Oczywiście agent z JTB ponownie zrobił błąd i chcieli dać pokój dla nie palących. Jednak nie było problemu z jego zamianą i tym sposobem, "zamieszkałam" w jednym z największych rooms. Temperatura wysoka, bo aż 37 stopni ale świadomość, że wszędzie są automaty z zimnym piciem dodawała pewności, że nie padnę na ulicy. Są tacy, którzy kochają słońce, ja się do nich nie zaliczam. Po zakwaterowaniu ruszyłam linią JR do Futami, gdzie znajdują się zaślubione skały symbolizujące bogów Izanami i Izanagi. Ostatnim razem, prawie nie nie wiedziałam bo było ciemno (z tego co pamiętam, dwa lata temu przyjechałam tam około godziny 20). Tym razem wszystko zobaczyłam, żaby pogłaskałam i ruszyłam dalej doFutami Sea Paradise. Niestety, pokazy z foczkami odbywają się tylko do 16, spóźniłam się 10 minut =.= Ale za to, zrobiłam małe zakupy w centrum, które się tam znajduje i zjadłam przepyszny udon z którego Ise słynie. Coś wspaniałego. Również nie wyrobiłam się do Ise Azuchi Momoyama - jak pech to pech. Ale nie spoczęłam na laurach, wróciłam tym samym pociągiem linii JR na stację, zrobiłam zakupy z sklepie w stylu picie. A po odpoczynku poszłam na shabu-shabu. Jedna z hotelowych restauracji właśnie z niego słynie. Jak smakowało? Niebo!!!

Z kolejnym dniem wiązałam duże nadzieje, gdyż w Ise rozpoczęło się święto Kaguraden w dwóch najważniejszych świątyniach. Jedna to Geku a druga Naiku. Ta pierwsza jest trochę remontowana i nieco uboższa od Naiku, ale i tam warta odwiedzenia, gdyż znajduje się w niej święta relikwia - kryształ... raza a może miecz :) Pochodziłam trochę, z tego co mi powiedziano impreza miała się w niej rozpocząć o 8:30. Byłam punktualnie ale nikogo nie było. Dobrze, że w jej pobliżu jest biuro informacji turystycznej. Okazało się, że owszem impreza jest ale dla osób, które zapłacą 5,000 yen. Nie będę opisywać co sobie pomyślałam. Dobrze, że przesympatyczna Pani powiedziała, że owszem w drugiej świątyni też jest spłata ale o 11 będzie ogólna na jednym z placów Naiku. No to w te pędy jadę autobusem nr. 51 (można też 55) do tego miejsca. Naiku jest jedną z najładniejszych świątyń jakie dotąd widziałam. Piękny las cedrowy, trawniki, mchy, rzeka - cudo. Niestety, główny budynek od kilku lat znajduje się w remoncie i podobno planują go oddać za dwa lata. Słoneczko dopiekało ale udało mi się nagrać kawałek tego przedstawienia. Wspomniałam, że słoneczko zaczęło dopiekać jeszcze bardziej? Ukrop z nieba, gdzie jest ta palarnia, spokojnie przy wyjściu/wejściu do świątynki - stoi gustowny budyneczek. Na zegarku zrobiła się 12 a może już była 13 - nie pamiętam. W pobliży znajduje się bardzo ciekawa aleja z wyrobami regionalnymi, pamiątkami, jedzeniem i innymi różnościami. Nazywa to się Ohaarai Machi a obok jest aleja Okage Yokocho. Wszystko wygląda magicznie, bo to "miasteczko" jest repliką bardzo starych dzielnic Edo. Na opisane tego co tam zobaczyłam, nie starczyłoby czasu - powiem tak, jadłam: dango, ciepłą bułeczkę z wołowiną zapijając zimną wodą. Zakupy zrobione i nadszedł czas ewakuacji do hotelu. Krótka przerwa i ponownie w miasto ale tym razem w drugą stronę, tą mniej turystyczną. Spacerek nad kanałami (czysta woda, skaczące ryby i trochę chłodu). Spacer trwał może z godzinę a potem, kolejny raz shabu-shabu :) Uzależniłam się od tego. No nic, musiałam zacząć się pakować, bilety na JR do Kyoto załatwiłam wcześniej. Także nie pozostało mi nic innego jak połączyć się z Morfeuszem.

Następnego dnia, stała się tragedia. Niestety w chwili obecnej nad Japonią znajdują się dwa fronty atmosferyczne. Część kraju ma słońce, że aż padają a druga ulewy, że ludzie obrywają piorunami - dosłownie. Przedostałam się na stację JR Ise i co się okazało, że pociąg ma awarię i nie przyjedzie. 10 minutowa wymiana zdań (7 osób obsługi JR kontra jedna anglojęzyczna polka, dodam, że oni ni w ząb z angielskim), doprowadziła do tego, że dostałam bilety na Kintetsu (konkurencja dla JR) do Nagoya, gdyż tam czekać będzie wedle rozkładu shinkansen do Kyoto. Fronty burzowe na niebie grały sobie w ping-ponga nad moją głową. Gdy jakimś cudem, dojechałam już na stację shinek, byłam tak zmęczona jak nigdy. Dobrze, że podróż do Kyoto trwała niespełna godzinę, doliczając ta z Ise do Nagoya to w sumie wychodzi 3. Wreszcie w Kyoto - tak! Dotarłam o 13, zakwaterowanie w Granvi jest od 15 ale dobrze, że na dole znajduje się Porta i Cube. No tak, bo hotel Granvia to... hotel "kolejowy", z tym że jakiś 4 gwiazdkowy :D W Porcie, nie wiem jakim cudem otworzyli Loterię - pyszne jedzonko, pyszne. Potem kawa w ulubionej restauracji, niestety ta nie była dobra ale, że w knajpie można palić to plus. Na zegarku 15, recepcja, klucze, bagaże już dawno w pokoju (no bo przecież targać, ze sobą nie będę) a pokój to już inna bajka, bardzo duży i z widokiem na miasto (potem dam zdjęcia; szczęka mi opadła). Chwila odpoczynku, sprint na pocztę po pudełka bo sie tego sporo już nazbierało. Wieczorem stały punkt programu w Kyoto czyli słynna Karasuma dori. Nic się nie zmieniła, doszło sporo sklepów markowych, aleja morderców pachnie tak samo (czyli ta targowa za Daimaru), sklepy z figurkami są, sklep z fajkami zamknięty (urlop sobie zrobili a ja potrzebuje kupić Black Stone). Więc jestem w Kyoto - dzisiaj jest tu jakiś festyn, ciekawe czy podobny jak w Ise. Nie wiem, zobaczymy. See ya!

poniedziałek, 20 września 2010

Japonia 2010 - dzień 4 i 5


Podróż z Tokyo do Nagoya zajęła mi całe 2 godziny - straszne prawda :) Podróż Shinkansenem to czysta przyjemność. Te pociągi są po pierwsze szybkie, po drugie szybkie a po trzecie czyste i punktualne. Można powiedzieć, że czas należy ustawiać według ich rozkładu.

Wiedziałam, że Nagoya jest dużym miastem ale nie spodziewałam się, że aż tak dużym. Stacja kolejowa to istny labirynt, dobrze że jest czytelnie opisany. Nie wiem dokładnie ja duża jest ta stacja ale patrząc na 3 poziomy sklepów pod ziemią i kilkanaście nad nią stwierdzam, że spokojnie można spędzić cały dzień na zakupach. No ale nie samymi zakupami człowiek żyje. Znalazłam hotel bez większych problemów, zakwaterowałam się i oczywiście ruszyłam w miasto. Pierwszym punktem programu był oczywiście zamek Nagoya. Nie czytałam za dużo o nim przed przyjazdem. Jednak, gdy tylko do niego weszłam od razu zapachniało mi zamkiem w Osaka. Tak, dokładnie jest cały przebudowany i praktycznie nie ma w nim nic, co by pochodziło z czasów przed bombardowaniem czy jego wcześniejszymi pożarami. Nie da się zaprzeczyć, że jest bardzo duży i ciągle trwają w nim prace konserwatorskie, które mają się zakończyć w 2017 roku. Na obejrzenie wszystkiego na terenie pałacu przeznaczyłam dobre 2,5 godziny a nawet nie spodziewałam się, że tyle mi to zajmie. Na całe szczęście pogoda dopisała, no może nawet za bardzo. Mam spalone ramiona :) Pod wieczór przedostałam się do świątyni Osu Kannon. To bardzo przyjemna świątynia, która została przeniesiona z Osu przez Ieyasu Tokugawę, czyli najsłynniejszego z shogunów w 1612 roku. Blisko niej znajduje się ogromnie długa dzielnica handlowa, gdzie praktycznie można kupić wszystko. Ilość sklepów z figurkami jakie odnalazłam to 4 ale pewnie jest ich więcej. Tam spędziłam jakieś 2 godziny, tylko przez nią przechodząc - wariactwo. Zrobiło się już bardzo późno, więc pojechałam do hotelu schodząc na centrum handlowego Meitetsu po małe jedzonko a potem spać.

Następnego dnia po śniadanku pojechałam zwiedzać Tokugawaen czyli przepiękny ogród Daimyo. Może nie jest on największy ale zaliczam go do najładniejszych, które miałam okazję widzieć. Pośrodku jest ogromne jezioro z mnóstwem karpi koi i cudnymi wodnymi kwiatami. Kilka kaskad wodnych i żwirowe ścieżki. Bardzo blisko znajduje się również Tokugawa Art Museum. Nie mogłam tego przepuścić. Jednak to co zobaczyłam przerosło moje oczekiwania, np. doskonale zachowane tanto Masamune z 1223 roku, czy też zbroje rodu Tokugawa. Opisać wszystkiego się nie da, dlatego w sklepie zakupiłam trzeci tom zbiorów tego rodu poświęcony mieczom i zbrojom. Dobrze, że ma on anglojęzyczny indeks. Spędziłam tam dobre 2 godziny po czym przedostałam się JR Chuo line do Chitsubu a potem 2 przystanki metrem do Oasis 21. Nie wiem nawet jak to dokładnie opisać, to rodzaj gigantycznego centrum handlowego, które jest zlokalizowane bardzo blisko Nagoya TV Tower. Tematem przewodnim Oasis 21 jest kosmos. Najważniejszym jego elementem jest bardzo wysoko ustawiona platforma widokowa, na której zamontowano sztuczne jeziorko. Patrząc z dołu można dostrzec chodzących po niej ludzi natomiast patrząc z góry widzi się przemieszczające osoby na dole, ponieważ platforma ta jest przezroczysta. Do tego trzeba dodać jeszcze ogród idealny na piknik i otwarty teatr. Poza tym sklepy, sklepy i jeszcze raz sklepy w tym oczywiście z Totoro (tak, tak zakupy zrobiłam). Po tych wrażeniach nadszedł czas na małe jedzonko, zrobione już "pod" hotelem. Chwila przerwy na papierosa i zakupy w Big Camera, czyli sklepie głównie z elektroniką. Kilka rzeczy też tam kupiłam, między innymi nową mysz do Maca. Nie wiem kiedy na zegarku zrobiła się 20, więc szybko do informacji JR dowiedzieć się o której mam pociąg do Ise.

Jutro o 11 startuje do Ise-shi na 2 dni a potem już moje ukochane Kyoto. See ya :)

sobota, 18 września 2010

Japonia 2010 - dzień 2 i 3

Czas pędzi i wcale nie chce się zatrzymać. Niestety w samym Tokyo i okolicach jest tyle ciekawych miejsc, że gdy z nich wracam jestem tak zmęczona, że nawet trudno mi się ruszać. No ale do rzeczy.

Drug dzień poświęciłam na zwiedzanie Yokohamy. Większość osób, które znam i miały okazję być w tym mieście mówiła mi, że jest strasznie zapuszczone i mało nowoczesne. Nic bardziej mylnego. Yokohama to wspaniałe, szybko rozwijające się miasto gdzie z powodzeniem można się zgubić tak samo jak w Tokyo. Udało mi się zobaczyć je w sumie bardzo pobieżnie ale muszę przyznać, że zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Pierwszym punktem programu był Landmark Plaza z obserwatorium Sky Garden na 69 piętrze. Można się tam dostać windą, najszybszą w całej Japonii. Osiąga ona 750 metrów w przeciągu 1 minuty a dostanie się na szczyt zajmuje jej 40 sekund! 360 stopniowy widok z obserwatorium to uczta dla oczu, coś niesamowitego a przy dobrej pogodzie (jaką miałam) nie zapomniane przeżycie. Potem przedostałam się deptakiem do Queen's Tower czyli gigantycznego centrum handlowego, gdzie między innymi znajduje się Hard Rock Cafe Yokohama. Wiecie Nasze centra handlowe ni jak się mają do Japońskich. Nie wspomnę, że pod całym rzędem kolejnych budynków rozmieszczone są stacje metra. Gdy już się wydostałam z tych sklepów obowiązkowym punktem programu stało się Cosmo World czyli park rozrywki z ogromnym diabelskim młynem. Jestem uzależniona od nich i zawsze na każdym wyjeździe staram się jakimś przejechać. Ten przypadł mi do gustu ze względu na to, że zlokalizowany jest tuż przy zatoce portowej. Świetny widok a zdjęcia wyszły jeszcze lepiej. Ostatnim miejscem jakim odwiedziłam w Yokohamie było ChinaTown. Co mogę o nim napisać, to na pewno to że to jedna wielka kuchnia! Dosłownie, wszędzie kasztany, ciepłe bułeczki z najróżniejszym nadzieniem (jadłam jedną z czekoladą w kształcie... pandy!). O China Town można by napisać wiele ale jedno jest pewne to jedna z najczęściej odwiedzanych dzielnic przez wszystkie nacje. Na tym zakończyłam zwiedzanie tego miasta, bo trzeba było szybko wracać aby zdążyć zobaczyć jeszcze raz Ueno i Asakusa. Najpierw była Asakusa a to ze względu na budowane Tokyo Sky. Faktycznie, to nie złudzenie - budynek rośnie prawie każdego dnia i wygląda wspaniale. Obecnie już jest największym w całej Japonii. Szkoda tylko, że wieczorami jest kiepsko oświetlony bo zdjęcia owszem mam, ale kiepskiej jakości. Potem oczywiście musiałam "pomacać" złotą kupkę. Proszę się nie śmiać, chodzi oczywiście o piankę piwa na budynku wytwórni piwa. No ale robiło się coraz później i szybki transfer na Ueno zajął na całe szczęście kilka minut. Niestety najsłynniejszy targ na tej dzielnicy szykował się już do snu, także udało mi się kupić tylko kilka rzeczy i trzeba było uciekać do hotelu. Czyli jakieś 20-25 minut linią JR.

Kolejny dzień poświęciłam na jedzenie, dosłownie i w przenośni. Najpierw szybkie sushi na Targu rybnym, powrót do hotelu na śniadanie a potem transfer do Kamakury i też sushi. Wariactwo w czystej formie. Oczywiście do Kamakury nie pojechałam żeby tylko jeść. Najpierw miałam spotkanie z Yugo-san i mistrzem Masamune. Jako, że nie tylko działam w kręgu figurkowym ale również nihonto to spotkanie było najważniejsze. Wszystko się udało, spotkanie przebiegało w miłej atmosferze zresztą jak zawsze ale reszta to już tajemnica :) Po spotkaniu szybko nad wodę, pomoczyć się trochę w oceanie a potem wspomniane wcześniej sushi w jednej z najlepszych knajp jakie znam. Co roku staram się tam wpadać i nigdy się jeszcze nie zawiodłam, rybki pierwsza klasa. Nie wiem kiedy na zegarku zrobiła się 17 i czas powrotu na Shinjuku. Jeszcze tylko uruchomienie Japan Raily Passów i poczta celem nadania paczki ze zdobyczami z kilku dni.

Jutro jadę do miasta co się zowie Nagoya. jestem strasznie go ciekawa. Kilka razy przez nie przemykałam ale jeszcze nigdy nie miałam okazji w nim trochę poszaleć. Się zobaczy :)

czwartek, 16 września 2010

Japonia 2010 - dzień 1


Dojechałam! Albo jak kto woli przyleciałam do Japonii. Podróż jak zwykle długa i z przygodami ale sumarycznie mogę powiedzieć, że się udało. Wystartowałam z lotniska Warszawa - Okęcie do Amsterdamu. Tutaj podróż odbyła się była nawet przyjemna bo tylko 2 godziny lotu liniami KLM. Na lotnisku Schiphol musiałam znaleźć palarnię, ponieważ jak wiadomo na wszystkich lotniskach został wprowadzony całkowity zakaz palenia. To też się udało. Miałam tylko godzinę na papierosa i uzupełnienie zapasów kofeiny pyszną kawą z mlekiem. Potem transfer na międzynarodówkę. Sam lot, również liniami KLM z Amsterdamu do Narity trwał 11,5 godziny. Niestety pogoda była paskudna i często samolot wpadał w turbulencje. O jedzeniu na pokładzie nie będę się wypowiadać przez grzeczność.
Do Narity przyleciałam o 11:20 czasu Tokijskiego. Tylko 40 minut zajęło mi przedostanie się przez odprawę i odebranie bagażu. Na lotnisku czekał na mnie przedstawiciel firmy JTB i szczerze mówiąc nie wiem dlaczego, bo nigdy nie musiałam do nich dzwonić, że mam jakiś problem podczas podróży. No ale chciał, więc się pojawił. Trochę było mi głupio, bo zajął się pilnowaniem bagaży gdy poszłam zapalić albo napić się czegoś. Chciałam go zaprosić na kawę ale nie dał się przekonać :) Japończycy to dziwny naród ale mam nadzieję, że Wedlowskie smakołyki które mu dałam w prezencie będą mu smakować (ich też na początku nie chciał przyjąć, tłumacząc że polityka firmy mu na to nie pozwala). Dał mi bilet na NEX'a (to rodzaj specjalnego i szybkiego pociągu z Narity, który jedzie przez całe Tokyo i zatrzymuje się na ważniejszych stacjach). Po 1,2 godzinie dotarłam tym pociągiem do Shinjuku, gdzie znajduje się mój hotel w którym zatrzymam się parę dni. Po zakwaterowaniu byłam już tak zmęczona, że musiałam się ogarnąć szybkim prysznicem i kawą. W Tokyo była już 16 i padało! Długo nie myśląc postanowiłam udać się do budynku Tokijskiego ratuszu, który znajduje się naprzeciwko mojego hotelu. Taras widokowy na jednej z wież na 44 piętrze robił wrażenie jak zawsze. Szkoda tylko, że ta pogoda była niespecjalna bo widok przy ładnej pogodzie to coś wspaniałego, nawet widać górę Fuji-san.
Po opuszczeniu tego gmachu nie pozostało mi nic innego jak udać się do Lawsona, czyli całodobowego sklepu z jedzonkiem. Zaczęłam oczywiście od onigiri, potem kanapeczki, ciepła bułeczka z farszem, słodka bułka jak z anime Deras (uwielbiam je, wręcz jestem uzależniona, szkoda że takie kaloryczne ale jakże pyszne), kawa i japońskie papierosy. Załadowana zakupami, dotarłam do hotelu. I tak mniej więcej zakończył się pierwszy dzień pobytu w Japonii.

piątek, 10 września 2010

IKEA nocą.


Bo nigdy nie wiadomo, co może się dziać nocą w sklepach sieci IKEA. Oczywiście i jedno i drugie bardzo lubię. Właśnie, wiedziałam że o czymś zapomniałam - miałam jechać tam na zakupy. Jednak przed wyjazdem już nie zdążę a szkoda, taki łosoś z warzywkami w restauracji :)


niedziela, 29 sierpnia 2010

Tata został tatą.


Japońska sieć telefoniczna SoftBank ma kolejny powód do dumy a właściwie całe dwa, białe powody. Jej reklamowy pieszczoch Otousan (co dosłownie znaczy tata) został właśnie drugi raz tatą. Swoją drogą tak naprawdę w świecie "nie reklamowym" nazywa się Kaikun. Tym razem na świat przyszły dwa maluchy - on i ona. Łącznie ma już ich pięć, każdy miot z inną wybranką serca. W lipcu i sierpniu w Japonii była prawdziwa feta z tego powodu i nie ma się czemu dziwić. Kaikun jest bardzo popularny (reklama z Quentinem Tarantino - nie ma problemu ^^" ), nie mówiąc już o tym ile książek wydał i ile gotówki zarobił (z przymrużeniem oka oczywiście, bo wszystko zgarniają szczęśliwi właściciele). Rynek z wizerunkiem tego uroczego psa jest ogromny, co raz rusza jakaś kampania reklamowa, gadżety dla klientów operatora z jego wizerunkiem, czekoladki na White Day, etc. Sama jestem jego fanką, nie będę ukrywać :)





wtorek, 24 sierpnia 2010

Yokoso Japan

Jeszcze jakiś czas temu patrząc na kalendarz mówiłam sobie "A to dużo mam czasu, ze wszystkim zdążę." Niestety, to był lipiec a teraz jak mnie oczy nie okłamują mamy sierpień! Aaaa!!! Tragedia, nic nie załatwiłam, no prawie nic ale do pełnego sukcesu jeszcze mi brakuje.

W tym tygodniu zostały opłacone hotele w Japonii, bilety lotnicze już załatwione a JRP załatwi się jakoś na dniach (teraz wersja 21 dni chyba będzie potrzeba... no i kolejne 60,000 yen pójdzie w zapomnienie).

Za każdym razem wyjazd do Japonii przyprawia mnie o euforię - w stylu: co kupić, co zjeść, gdzie pójść, etc. Jednak tym razem stan ten jest nieco stłumiony ze względu na kurs yena. Nie zarabiam kokosów ale takiego kursu na wyjazd to już dawno nie pamiętam a wiadomo, wiąże się to z ograniczeniem w zakupach.

Tym razem na mapie dochodzi kilka ciekawych miast, przez które zazwyczaj przejeżdżaliśmy pędząc gdzieś dalej. I tak na 100% zwiedzę Kumamoto, Matsuyamę, Hakatę, Nagoję, Beppu ( yes onsen!), Ise, Yamaguchi wraz ze stałymi miejscami jak Kioto, Tokyo i Osakę. Startuję we wrześniu, bodaj 15 a teoretyczny powrót planowany jest na 10 października ale... zawsze może się przedłużyć, przecież wiza do Japonii jest wystawiana na 90 dni.

piątek, 13 sierpnia 2010

Figurka Asuka od Anime Gate a oryginał.


Przez ostatnie kilka dni rozgorzała dyskusja w sprawie edycji kolekcjonerskiej Evangeliona a konkretnie figurki Asuki dołączonej do tego wydania.
Zdjęcia zaprezentowane na figurkowo.com przez Suffle, osobom ogarniętym w temacie figurkowym nie pozostawiają wiele złudzeń. Anime Gate poszło na łatwiznę, figurka Asuki która jest w oryginale produkcji Kotobukiya z czerwca 2004 roku wygląda inaczej niż ta dołączona do filmu. Teoretycznie zdania są podzielone, jedni są zadowoleni a drudzy nie. Wszystkie te osoby dopytują się jak to w końcu jest z tą figurką. Dokładnie chodzi o tę figurkę (zaznaczam, że mam ją w moje kolekcji już prawie 6 lat, jest wyjęta z pudełka i stoi sobie grzecznie na półce) :


Jako, że temat został poruszony już na stronach forum, zarówno figurkowa jak i Anime Gate wypowiadać się ponad to co napisałam, nie będę - nie widzę w tym sensu. Martwi mnie tylko, że wiedza osób które prezentują swoje wypowiedzi na forum AG jest w tym zakresie bardzo nikła. Nie ulega też wątpliwości, że firma wprowadziła pośrednio klientów w błąd, zamieszczając zdjęcie oficjalne figurki od Kotobukiya. W mojej ocenie, to nie jest ta sama figurka - różni się zbyt bardzo ale uwierzcie mi, dla wprawnego oka, które tym tematem zajmuję się już przez prawie 10 lat, to nie problem w wydaniu takiej oceny.

Dla zainteresowanych. Jako, że mam tą figurkę z 2004 roku, zamieszczę kilka zdjęć (tutaj i na figurkowie). Te osoby, które będą chciały niech je porównają. Tak chyba będzie najprościej.


niedziela, 30 maja 2010

Let's visit Tokyo - Akihabara


W najnowszej odsłonie cyklu krótkich filmów "Let's visit Tokyo" możemy obejrzeć Akihabarę (potocznie Akiba), chyba najsłynniejszą dzielnicę tego szalonego miasta. Większość z Was pewnie wie czego może się spodziewać przekraczając jej progi. Jednak istnieje zapewne garstka ludzi, którzy może i nazwę słyszeli ale jakoś nie do końca wiedzą co tam można znaleźć. Chociaż prawdę mówiąc należało by zadać innego rodzaju pytanie - czego znaleźć tam nie można :) Powiem tak, jest nam wszystko - począwszy od litery A a skończywszy na literze Z. Ale na poważnie, słynie ona głównie z elektroniki dodam taniej (i nie ma znaczenia czy starszej czy dopiero co wyprodukowanej), to prawdziwa mekka dla kolekcjonerów, figurki, dollfie, księgarnie z mangami, artbookami, magazynami, sex shopy, sklepy zoologiczne, knajpy, maid cafe (moe, moe, moe), hotele, apteki, wymiana walut, sklepy zajmujące się wynajmem mieszkań, etc.

Ale może coś o samym filmie. Pochodzi on ze strony AkihabaraNews, która głównie zajmuje się nowinkami technicznymi ale jak widać nie tylko. Raz na jakiś czas pojawiają się filmy ukazujące różne znane i mniej znane dzielnice Tokyo albo zabytki, sklepy a nawet ostatnio była zaprezentowana ceremonia parzenia herbaty. Zachęcam do odwiedzania tej strony i zwrócenia szczególnej uwagi właśnie na ten cykl.

Wspomniany film znajduje się pod tym adresem.


Powyższe zdjęcia nie pochodzą ze strony AkihabaraNews ale są mojego autorstwa. Zrobione rok temu podczas pobytu właśnie w tym magicznym miejscu.

poniedziałek, 24 maja 2010

Wszystkiego najlepszego Maru!


Jeden z moich ulubionych internetowych pupili obchodził właśnie 3 urodziny. Z tej okazji jego Pan przygotował specjalny filmik pt.: "I am Maru 2". Maru to śliczny szkocki kotek o dość ciekawym kółku zainteresowań. Zresztą co ja będę Wam opowiadała, zobaczcie sami :)



Maru ma swoich fanów na całym świecie, "wydał" już kilka książek i płytę DVD a jego blog znajduje się pod tym adresem.

poniedziałek, 17 maja 2010

Warszawskie Targi Książki w PKiN


Jako, że książkom nigdy nie odmawiam nie mogłam przepuścić tej imprezy. W Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie odbyła się kolejna edycja imprezy z cyklu Warszawskich Targów Książki. Może nie jest ona tak bardzo oblegana przez ludzi jak Międzynarodowe Targi Książki, które notabene odbędą się w ten weekend ale z całą pewnością warto się na nią wybrać. Przede wszystkim są tam krajowi wystawcy, szeroka gama książek i komiksów a także eBooków i jedna niesamowita atrakcja - Biblia ks. Wujka z XIX wieku, która znajdowała się na stoisku Agory.

Książki w Polsce są drogie i niestety nic nie wskazuje na to, że będą tańsze. Dlatego taka impreza ma dodatkowy plus czyli rabaty. Udało mi się nabyć 3 pozycje i zaoszczędzić przeszło 40 zł. Kupiłam między innymi "Japonia. Leksykon konesera" wydawnictwa Bellona Pana Henryka Sochy dla taty a dla siebie nowiutkiego Murakamiego Muzy i "Bikini" książkę autorstwa jednego z moich ulubionych pisarzy Janusza L. Wiśniewskiego.

Jak już wspomniałam za tydzień (to znaczy już w ten piątek) ruszają 55 Międzynarodowe Targi Książki również w PKiN w Warszawie. Czekam na nie z niecierpliwością gdyż będzie tam wystawiała się Ambasada Japonii i znów będę mogła pomacać pisma o figurkach. Tak, tak - pisma o figurkach :) Niestety Ambasada nie prowadzi sprzedaży swoich zbiorów ale zawsze można spisać ISBN i spróbować szukać pozycji w sieci. W zeszłym roku było fajnie bo sam Ambasador przemawiał, ba nawet dostałam podarunek z tej okazji ^^

piątek, 14 maja 2010

Ikkitousen XROSS IMPACT PSP


Chęć posiadania limitowanych Nendoroidów wyprodukowanych przez Good Smile Company jest imponującym wyczynem. Jak to limitowane przedmioty, różnią się od zwykłych przede wszystkim ceną i ograniczoną liczbą. Zazwyczaj są dołączane do japońskich pism bądź gier na konsole. Ich zakup również jest trudy. O ile uda się czasem kupić limitowany przedmiot poprzez sić np. w sklepie internetowym, to innych nie da się tak łatwo zdobyć. Można próbować nabyć je po dacie premiery w Mandarake czy japońskim Amazonie bądź eBay ale trzeba się wtedy liczyć z potwornymi cenami. Zdarza się też bardzo często, że na miesiąc bądź 2 przed rozpoczęciem się jakieś wielkiej imprezy figurkowej np. Wonder Festival w sieć puszczane są zdjęcia Nendoroidów. Dopiero po pewnym czasie okazuje się (ku rozpaczy kolekcjonerów) że przedmiot pożądania będzie jedynie dostępny w dniu rozpoczęcia się imprezy.

Ale wracając do Nendoroidów dołączanych do japońskich gier komputerowych. Jakiś czas temu zakupiłam poprzez sklep AmiAmi nową grę na PSP "Ikkitousen XROSS IMPACT" z limitowanym petit nendo postaci Kan"u. Oprócz figurki (z wymiennym tułowiem) do zestawu, który kosztował mnie 8,260 yen (plus koszt sprowadzenia EMS ze zniżką) dołączono plakat, płytę CD, Bakunyu pog (24 sztuki), podkładkę i pudełko. Wszystko zgrabnie zapakowane, że aż szkoda otwierać. Co do samej gry - w życiu nie widziałam tylu latających piersi ^^"