czwartek, 28 października 2010

Po Japonii.


Ja wiem... Dawno już wróciłam z kraju kwitnącej wiśni, chociaż teraz to raczej kraj czerwonych klonów ale jakoś nie mogę zebrać się w sobie aby dokończyć sprawozdanie z wyjazdu. I wcale nie chodzi o to, że mi się nie chce ale (jak zwykle) brakuje mi czasu. Jednak postanowienie zrobiłam, także nie ma przebacz. Sądzę, że w przeciągu kilku dni bądź maksymalnie tygodnia (no dobrze, dwóch tygodni) nadrobię tą zaległość - rażącą dodam przez grzeczność.

Obecnie mój czas poświęcam kilku projektom, do tego dochodzi jeszcze Uniwersytet a właściwie zajęcia na nim, kilka spraw osobistych i masę zaległości w tym telefonicznych (pozdrowienia dla Kuby :) ).

W ostatnim tygodniu trzeba było pomóc tacie z mieczami nihonto, bo wystawa w Krakowie dobiegła końca a z tego co wiem szykuje się następna. Doszły do tego jeszcze urodziny Magdy, mojej przyjaciółki no i spotkanie z podstawówki, zakupy z Martą i ustawianie spotkania związanego z Halloween z Charlie. Także było trochę tego. Jednak długa droga mnie jeszcze czeka, bo temat figurkowym praktycznie zostawiłam. Nie, spokojnie, nie o to chodzi, że przestałam się nimi interesować ale jakoś nawet nie mam czasu co by powrzucać zdjęcia nowych zdobyczy, w sumie tych starszych również a za chwilę dojdą jeszcze nowe, gdyż AmiAmi z całą pewnością w tym tygodniu wyśle wezwania do zapłaty.

Na całe szczęście bynajmniej w pracy jestem ze wszystkim na bieżąco a to już dużo ;)

czwartek, 7 października 2010

Japonia 2010 - dzień 15, 16 i 17


Kolejny dzień i kolejne wyzwanie. Czyli ciąg dalszy przygód w mieście o dwóch nazwach Hakata/Fukuoka. Po śniadanku i kilku papieroskach nie było sprecyzowanego planu co dalej. Może inaczej. W tym mieście jest za dużo rzeczy do zwiedzania, że aż trudno się zdecydować co wybrać, biorąc pod uwagę stan nóg. W sumie można było dokończyć plan z poprzedniego dnia, czyli pojechać do Mariony albo ewentualnie przeżucić się promem na drugą stronę wyspy do całkiem przyjemnie wyglądającego na folderach reklamowych akwarium. Jednak nogi odmówiły. Stanęło na tym, że skoro jesteśmy przy stacji JR (tak, hotel jest oddalony od niej o jakieś 50m, znaczy od wejścia) to może coś bliżej dało by się zwiedzić. Hakata ma 3 linie metra, także nie ma problemu z dojechaniem do jej poszczególnych dzielnic. Więc jeden przystanek metrem i jesteśmy w Gion. Konsternacja, bo w Kyoro też jest Gion - widać, to dość popularna nazwa. Dosłownie 50m od wyjścia A1 ze stacji Gion znajduje się jednak z najstarszych świątyń shinto, na której terenie podobno pochowani się władcy regionu za czasów panowania rodu Tokugawa. Niestety część świątyni jest obecnie odnawiana a dokładnie pagoda - z tego co pamiętam mają ją oddać za 2 lata. Niespełna kilometr dalej udało się dojść mimo żaru z nieba do kompleksu świątynno-"mieszkalnego". Problem polega na tym, że przeszłam przejście o jakieś 200m i za przeproszeniem, owszem weszłam na jej teren ale od "dupy strony" :D No cóż, nobodys perfect. Faktycznie kompleks jest bardzo duży i aż pachnie starością, na tyle mocno, że jego znaczna część również jest odnawiana - niech mnie ktoś zastrzeli. Ale za to można, na środku niewielkiego jeziorka napić się w tradycyjny sposób zielonej herbatki. Poprawka, prawie w tradycyjny sposób, to ceremonia jest znacznie skrócona. Słonko dopiekało coraz bardziej a że nie miałam dokładnej mapy Hakaty, to trochę się pobłądziło zanim jakimś cudem i przy pomocy tłumu ludzi udało się dotrzeć do jednego z ciekawszych targów pod dachami. Nie wiem dokładnie ile w metrach ma on długości, ale sądząc po bólu mięśni, minimum 700m spokojnie. Co tam można znaleźć hmm jedzenie, papierosy, sklepy 100 yen, papier washi, ciuchy, etc. Wszystko co potrzeba. Na zegarku zrobiła się godzina 14 a słońce nie odpuszcza. W pobliżu targu znajduje się Canal City Hakata czyli ogromniasty dom towarowy, ze wszystkimi możliwymi dobrami. Jak jest duży? Widział ktoś Złote Tarasy? No to pomnoży to przez 3, to wtedy pojawi się obraz Canal City. Samo pobieżne przejście, tempem spacerowym przyśpieszonym zajęło mi ok 1,5 godziny. A że chciałam się jeszcze wrócić do firmowego sklepu NorthFace'a to jeszcze więcej - tam, zakupy zrobiłam. Po tych emocjach, spacerem w stronę hotelu, czas na poszukiwanie jedzonka na obiado-kolację, załatwianie biletów na jutrzejszy dzień i wstępne pakowanie i kolejna paczka do kraju. Wieczorem znowu do sklepu Yodobashi Camera w celu zakupu figurki i pobawienia się ekranem dotykowym w knajpie szybkiego sushi. Przednia zabawa, mogliby coś takiego u nas zrobić.

Next day - Kumamoto

Welcome to Kumamoto. Tak brzmiał napis na stacji JR tego miasta. Całe szczęście, że hotel był blisko niej, to mimo puszczenia wczorajszego dnia paczki z Hakaty plecak jakoś nie wskazywał różnicy wagi na minus. Podróż z Hakaty do Kumamoto to niespełna godzinka - także luzik. Hotel przyjemny, nawet posiadający własną wypożyczalnię rowerów. Niestety check-in dopiero o 15. Długo się nie zastanawiając szybko w długą przypuścić atak na miasto. Pierwszy i obowiązkowy punkt programu to oczywiście zamek. Niestety konstrukcja ta nie miała szczęścia jeśli można tak powiedzieć, ponieważ wielokrotnie cała albo jakaś jej części były niszczone. Obecne rekonstrukcja już betonowa pochodzi z 1968 roku - chyba. Ale mury obronne lub warowne jak kto woli, są niesamowite. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Moje płuca wołały o pomoc, gdy wdrapywałam się w kierunku głównej wieży - boskie, to koniecznie trzeba zobaczyć. Jak wspominałam, zamek jest już betonowy w środku ale swoim obecnym kształtem odzwierciedla w 99,9% ten sprzed wieków. Tym bardziej, że za każdym razem kiedy zmieniał się Pan albo ród na nim, ciągle coś się zmieniało w jego budowie. Obok main tower znajduje się całkiem przyjemnie wyglądające i zagospodarowanie muzeum ze zbiorami z okresu świetności zamku. Samo zwiedzenie góry zajmuje spokojnie dwie godziny. Jako, że w Kumamoto niestety tylko jeden dzień, to trzeba był się streszczać z czasem, co by jak najwięcej zobaczyć. Obok zamku jest Kumamoto Craft Center, czyli coś na wzór Naszego regionalnego domu kultury z tym jednak, że o niebo fajniejsze. Apropos nieba - żar jak nie powiem co. Z centrum spacerkiem przedostać się na jedną z największych w tej okolicy ulic handlowych. W internecie, na stronie miasta podali, że ma ona tylko 1,5 km. Faktycznie szło się długo. Fajna sprawa, że na głównych elewacjach zainstalowano zraszacze z parą wodną dla ochłody. Ta ulica od stacji JR, na którą musiałam się z powrotem dostać, jest oddalona o dość znaczny kawałek drogi ale dzięki tramwajom podróż zajęła z jakieś 10 minut. Bileciki na jutro załatwione, Mos Burger i Mister Donut też (no przecież, jeść coś muszę) i abarot do hotelu. Pokoik przyjemny, klima działa, łazienka ciasna ale "własna", można spokojnie zapalić :)

Next day in the morning śniadanko w hotelu. Pakowanie dobytku z wczorajszych szaleństw zakupowych, check-out i na stację JR. No to jedziemy do Beppu - czyli jednego z ulubionych miejsc mojej mamy. Beppu to niewielkie miasto znajdujące się w prefekturze Oita. Pogoda jakby się popsuła, nawet zaczęło kropić. Podróż z Kumamoto do Beppu to jakieś 3-4 godziny pociągiem JR. Byłam już w Beppu i pewnie wracam do niego w pewnym sentymentem, bo jest po prostu fajne. Bagaż plus ból w nogach i perspektywa 4 minutowego spaceru (tak napisali na stronie) do hotelu wydawały się nieosiągalne - ale polak potrafi. Wieczorkiem spacerek po ulicach Beppu, główny deptak i ogólnie leniuchowanie - trzeba naładować akumulatory na następny dzień.

See ya!

O nie... w automacie hotelowym nie ma piwa Asahi, jest tylko Kirin i Sapporo - a niech ich! Dobra, biorę Kirina =.="

piątek, 1 października 2010

Japonia 2010 - dzień 13, 14


Mam jakieś szczęście do pogody. Cały czas uciekam przed deszczem, tylko jakiś ogonek mnie chwyta ale i tak nie na długo. Kolejny dzień w Shin-Yamaguchi był wyjątkowo ciepły. Ale samo miasto jest tylko przesiadką, ponieważ miejscem docelowym jest Hagi. Czym jest Hagi? Wielką (no może nie aż tak wielką) miejscowością słynącą przede wszystkim z bardzo drogiej ceramiki. Jak bardzo drogiej, ktoś może zapytać. Opiszę to tak - gdyby zliczyć wszystkie moje lalki, zsumować ich wartość to może starczyło by na jeden wazonik :) Sumarycznie, udało się znaleźć (to bardzo dobre słowo, bo gdyby nie mój wcześniejszy research to nic by z tego nie wyszło) aż 3 fabryki, wytwórnie ceramiku RAKU z Hagi. Druga połowa mojej wycieczki, która ma na tym punkcie fioła zrobiła zakupy - także wszyscy byli szczęśliwi. No prawie - mnie coś złapało i cały czas zwijałam się z bólu. Po wnikliwym przejściu miasta, szybka przesiadka w pusty autobus (poważnie, był pusty) z Higashi-Hagi do oddalonych o jakiś 30 km jaskiń - największych w Japonii (podobno). Tam bardzo szybki sprint przez mokre, niesamowite skalaktyty, bo oczywiście Pani z informacji turystycznej wprowadziła w błąd. Zamiast mieć czas na spokojne przejście jaskiń czyli jakieś 3 godziny i wieczorny powrót do hotelu, okazało się, że wedle moich wyliczeń czas przewidziany na zwiedzanie wynosi 1,5 godziny... Długo się nie zastanawiając, mknę w wywieszonym językiem jak głupia (już poinformowana blondyneczka, rozpychając przerażonych japończyków) co by zdążyć na autobus powrotny do Shin-Yamaguchi :) Zdjęcia zrobione, nic nie kupiłam ale na autobus zdążyłam. Wieczorem już spokojnie na stację JR, załatwić bilety do Hakaty.

Obecnie Hakata wygląda jak jeden wielki plac budowy. Dworzec w przebudowie, jak go skończą pewnie będzie większy niż w Tokyo, i z 2 razy taki jak w Kyoto. Co chwila z telewizora ktoś krzyczy o wielkim otwarciu czegoś tam a to dom towarowy, hotel, stadion, etc. Jak przyjechałam zrobiłam mały rekonesans wokół hotelu, od taki wieczorny spacerek na 2 godzinki ale wszystkie mnie bolało więc do hotelu przespać się trochę. Potem już tylko coś na ruszt i znowu spać.

Następny dzień i znowu ponad 30 stopni w cieniu. Plan jest taki: znaleźć ruiny zamku Fukuoka, "wdrapać" się na Fukuoka Tower i przedostać się do Mariony. Niestety, ten żar z nieba ograniczył moją mobilność i udało się zrealizować tylko dwa pierwsze punkty z planu. Ruiny zamku są niesamowite, ogromne i aż szkoda, że miasto nic nie robi aby przywrócić blask tej budowli. Chociaż z drugiej strony, może to i lepiej, bo jak pomyślę co zrobili z zamkiem w Osace to mnie trafia. Blisko ruin jest bardzo popularne miejsce do biegania i szeroko rozumianego odpoczynku, czyli park Ohori. Spacerem w nim zaliczona, tak samo jak kawa w Starbucks który się tam znajduje. Tą samą linia metra przedostałam się w pobliże wierzy. W internecie napisali, że od stacji to jest jakieś 20 minut... sprawdziłam, zajęło to dobre 35 minut plus ciepełko. Wieża z zewnątrz robi bardzo pozytywne wrażenie, niestety jest konstrukcja jest pusta w środku, czyli poza kilkoma sklepami na dole, i punktem widokowym na szczycie nic tam nie ma. No może z wyjątkiem Pani przewodniczki, która wkurzającą angielszczyno-japońszczyzną informuje, że na górze nie ma łazienek... Poczułam się jak małpka w zoo :D Po opuszczeniu tego przybytku, szybko w cień do budynku obok, gdzie mieści się prywatna telewizja i przede wszystkim sklep z robotami. Słyszeliście kiedyś o mechanicznym, robocie psie AIBO? Nie :) Hmm... mam z nim film ale wrzucę go na YouTube jak wrócę. Po tych atrakcjach jeszcze ceremonialne zmacanie wody i powrót do hotelu. Przerwa na papierosa a btw., ceny fajek w Japonii podrożały. Wieczorem szybko do Yodobashi Camera, która na nieszczęście mojego portfela zlokalizowana jest za blisko hotelu, ostatnie piętro i pierwsze w życiu elektroniczne zamawianie sushi. Zamówienie dostałam :)

See ya!