środa, 12 kwietnia 2017

No to się porobiło.

Rok milczenia (no prawie, bo ostatni wpis był w lipcu ubiegłego roku). Trochę się tego uzbierało do opowiadania, chociaż z drugiej strony - nie o wszystkim chciałabym pisać lub sobie przypominać. Kiedyś oglądałam taki film "Pamięć złotej rybki", zresztą bardzo przyjemna historia. W każdym bądź razie, puenta była taka: pamięć złotej rybki trwa tylko 5 sekund. I człowiek jest bardzo podobny w tej kwestii, bo choć jego pamięć jest dłuższa, to i tak powtarza wszystkie błędy - tak jakby poparzenie sytuacje/wydarzenia nie utkwiły mu w pamięci. 

Trochę zdrowie mi się posypało. Wiem, co powiecie - nie masz 20 lat. Ano nie mam ale to zastanawiające jak wizyta u lekarza internisty może skutkować wypisaniem 6 skierowań do specjalistów w tym nocnej wizyty na SOR. Co prawda pierwszej w życiu ale jakie emocje. Teraz jest trochę lepiej ale jeszcze nie wyśmienicie.

Ubiegły rok to też intensywna praca w ramach PSMJ. Organizacja wykładów, imprez kulturalnych, konferencji, wyborów zarządu i masy papierkowej roboty. Mogę jedynie w tym temacie dodać, że to półrocze zapowiada się równie intensywnie. Wyjazd do Torunia x2, warszawska noc muzeów, no i Matsuri.

Sprawy figurkowe odchodzą na zdecydowanie dalszy plan. To nie jest tak, że straciłam zainteresowanie moim hobby - w żadnym wypadku. Jednak budząc się któregoś dnia w łóżku, po przetarciu oczu dostrzegłam absurdalność i przerost mojego hobby. Mając ponad 350 figurek, które mieszczą się z pokoju i są praktycznie wszędzie, poczułam się "lekko" przytłoczona. Były wszędzie, absolutnie wszędzie! Po ostrych pertraktacjach z moim drugim ja, stwierdziłam, że tak dalej być nie może. Dlatego też, postanowiłam znaczącą ograniczyć ilość figurek w kolekcji i zredukować jej rozmiary do 1/6 stanu. Sprzedaję je. Wiem, to drastyczne posunięcie i naprawdę jestem do nich przywiązana ale tak dalej po prostu być nie może. Brakuje mi miejsca na książki!!!

Wyjazdy. Jak wiecie, moim ulubionym miejscem wyjazdowym jest Japonia i pewnie to się nigdy nie zmieni. Ale coś  mi strzeliło do głowy i postanowiłam pozwiedzać trochę Europę. Najpierw chciałam pojechać do Paryża aby wreszcie zobaczyć Luwr (uwzięłam się na Canovę) - niestety zamachy terrorystyczne. Potem ubzdurałam sobie Włochy - kiedyś co prawda byłam w Rimini ale stwierdziłam, że dawno - to może pojadę. Efekt: trzęsienie ziemi. Ostatnio wpadł mi pomysł na Istambuł... kolejne zamachy terrorystyczne... No i tak zrobił się luty br. a wakacji dalej brak. Wreszcie niedawno kupiłam bilety lotnicze do... tajemnica ^^ Nie, nie Japonia. Zobaczycie w czerwcu.

Praca = zbiorowe wykonywanie dokumentacji po-wykonawczych. Gdybym miała podliczyć je wszystkie od zeszłego roku, to wyszłoby ich tak z 10... Czasami wyglądało to tak, że kończyłam jedną a zaczynałam następną albo jeszcze lepiej - kilka równocześnie "się robiło" - bo wiadomo: dokumentacje same się robią ^^ Żądałam tylko kawy, w nieprzerwanych ilościach. 

Fitness. Good jak ja nie lubię tego określenia. Z uwagi na kwestie zdrowotne i zbliżające się zmiany życiowe musiałam się ogarnąć. Chciałam zapisać się na krav magę, ale niestety chwilowo muszę zrezygnować z tego pomysłu. Wiem  co powiecie - zwariowałaś! Może i tak ale naprawdę mi się ten styl podoba. Jest brutalny ale jest skuteczny! Przecież miecza przy sobie ciągle nie mam ;)

Poza tym niezliczone wydarzenia kulturalne: wystawy, targi, festyny, kino i etc. Od poniedziałku do piątku nie istniałam dla świata ale gdy nachodził weekend, to był znak że czas ruszyć w miasto. Nie będe chyba robiła retrospekcji z przeszłości, raczej postaram się coś wrzucać na "bieżąco".

No... to pokrótce tyle u mnie. A co u Was? :)


czwartek, 14 lipca 2016

A jednak umarł.

Jakiś czas temu opisałam na blogu ( tutaj ) moje perypetie związane z naprawą gwarancyjną czytnika e-booków. Po trzech miesiącach batalii, kiedy to poprosiłam serwis aby łaskawie naprawił to co zepsuł w trakcie ich prac nad urządzeniem, dostałam wreszcie odpowiedź. Nie żeby do mnie napisali. Uzyskanie jakiejkolwiek informacji wymagało ode mnie popełnienia niezliczonej ilości telefonów i wizyt w sklepie "S". 

Finał sprawy jest taki, że czytnika nie mam. Serwis generalnie położył na tę sprawę przysłowiową "pałkę". Sklep natomiast nie był w stanie sprowadzić takiego samego urządzenia wolnego od wad a nawet nie zaproponował innego, zbliżonego parametrami urządzenia. Sumarycznie oddali mi pieniążki. 

Powiedzieć, że jestem zwiedzona to mało. Jestem zła, rozczarowana i zdegustowana brakiem kompetencji, konfabulacją i próbą zbagatelizowania sprawy. Zostałam bez czytnika, bez słowa "przepraszam" i z poczuciem, że jestem "wyłudzaczem pieniędzy". Nie fajnie.

W każdym bądź razie teraz usilnie poszukuję dobrego czytnika e-booków. Prestigio na pewno już nie kupię, bo sama w przypadku podobnej awarii nie chciałabym przechodzić przez to raz jeszcze. A szkoda, bo urządzenie było naprawdę dobre. 

To co mnie interesuje to na pewno spora pojemność, duży wyświetlacz, wi-fi, podświetlanie, interfejs na dole, solidne wykonanie. Na rynku teoretycznie jest sporo takich urządzeń ale jak czytam opinie klientów, którzy kupili poszczególne modele, to łapię się za głowę - czy te urządzenia są tak strasznie wadliwe? Nie wiem ale sądząc po komentarzach jest to wielce prawdopodobne. Anyway, gdyby ktoś z Was miał jakiś sprawdzony czytnik to niech podeśle mi info - będę zobowiązana.

niedziela, 26 czerwca 2016

Japonia 2016 - Kyoto/Tokyo. Dzień 5.

Do Kyoto przyjechałam tylko na jedną noc, więc piąty dzień pobytu w Japonii był bardzo dynamiczny. Zazwyczaj, gdy zatrzymuję się w hotelach staram się nie brać dodatkowo płatnego śniadania, jednak pobyt w hotelu Granvia jest wyjątkiem! W restauracji na parterze, która nazywa się Le Temps serwują tak wspaniałe śniadania, że trudno się im oprzeć. Jakby tak dobrze ogarnąć temat, to można spokojnie takim śniadankiem najeść się na cały dzień. Co prawda nie są one najtańsze, szczególnie gdy wybierze się formę bufetu - ta kosztuje 2500 yen. Najbardziej zadowolony był jak zwykle Osioł ^^

Japan 2016 - Kyoto. Day 5.

Na chwilę wróciłam do pokoju hotelowego aby się dopakować i zostawić na przechowanie w hotelowej recepcji bagaże. Nie uśmiechało mi się targać ich przez całe miasto, bo jeszcze przed podróżą powrotną do Tokyo chciałam odwiedzić kilka miejsc. Po wymeldowaniu poszłam na dworzec kolejowy i złapałam taksówkę. Moim celem był srebrny pawilon. Teoretycznie spod dworca kolejowego można dojechać do pawilonu autobusem, tyle że zajmuje to znacznie więcej czasu, że już o komforcie jazdy w pełnym autobusie przy mocno dodatniej temperaturze raczej nie można marzyć. Więc taksówka. Okazało się, że władze Kyoto wprowadziły pilotażowy program "Przyjazna taksówka dla obcokrajowców" - program, który ma być oficjalnie gotowy w związku z olimpiadą 2020. Każdy kto miał z taksówkami do czynienia będąc w Japonii orientuje się, że bez wizytówki miejsca docelowego podróży albo mapy w krzaczkach trudno jest się dogadać. Oczywiście nie mówię tutaj o osobach, które ogarniają język bądź miały tyle szczęścia, że taksówkarz umie coś po angielsku. No ale wracając do Naszej Gaikokujin friendly taxi i kierowcy - Hiro-san. W życiu na twarzy Japończyka nie widziałam takiego zdziwienia, gdy ten dowiedział się ile razy to człowiek, był już w jego kraju XD Hiro-san bardzo dobrze mówił po angielsku, zostawił nawet na siebie namiary i zapowiedział, że z chęcią będzie robił za przewodnika w godzinach pracy bo jest po prostu zaskoczony. Jako, że to były ostatnie godziny pobytu w Kyoto raczej nie skorzystam z tego zaproszenia ale kto wie, może kiedyś znowu się spotkamy.

Srebrny Pawilon - perła architektury, jedyne w sowim rodzaju idealne połączenie budownictwa oraz wkomponowanego cudownego ogrodu w zboczu góry. Moje jedno z ulubionych miejsc na ziemi. Wreszcie po okresie renowacji, można było zobaczyć trudy pracy ekipy renowacyjnej i zachwycać swoje oczęta prawdziwym pięknem tego dobra kultury... Zbyt pompatycznie wyszło. Jednak prawda jest taka i pewnie nigdy się nie zmieni, że gdybym mogła, to teleportowałabym ten kawałek ziemi do Polski i z przyjemnością delektowała swoje oczy każdego dnia takimi widokami.

Japan 2016 - Kyoto. Day 5.

Japan 2016 - Kyoto. Day 5.

Japan 2016 - Kyoto. Day 5.

Japan 2016 - Kyoto. Day 5.

Po spacerze na terenie pawilonu przyszedł czas na kolejny spacer... filozofa :) Pewnie pisałam o tym już z "milion" razy ale napiszę raz jeszcze, że Ścieżka/Spacer Filozoficzny (tetsugaku no michi) znajduje się w północnej części Kyoto. Prowadzi ona wzdłuż kanału przy którym rosną drzewka wiśniowe. Zwykle na początku kwietnia te drzewa eksplodują kolorem, dzięki czemu ten trakt jest jednym z najpopularniejszych miejsc na oglądanie Hanami. Ciągnie się ona na ok. 2 km - zaczyna się przy Ginkakuji (Srebrny Pawilon), a kończy w okolicach Nanzenji - choć z której strony się zacznie, nie ma najmniejszego znaczenia. Ścieżka dostała swoją nazwę ze względu na Pana Nishida Kitaro, jednego z najbardziej znanych filozofów japońskich, o którym mówiono, że medytował idąc tą drogą na jego codzienne wykłady do Uniwersytetu w Kyoto. Z racji tego, że w Kyoto byłam w okolicach drugiej polowy kwietnia to zbyt dużo do oglądania z Hanami nie zostało ale i tak uważam, że było warto... szczególnie po śniadaniu ^^

Japan 2016 - Kyoto. Day 5.


Japan 2016 - Kyoto. Day 5.

Japan 2016 - Kyoto. Day 5.

Japan 2016 - Kyoto. Day 5.

Potem złapałam autobus, który zawiózł mnie do Kiyomizudery. Mam problem z tym miejscem, to znaczy jest to świetny spot do zrobienia zakupów dla całej familii ale jeśli chodzi o samą świątynie to już chyba widziałam wszystko. Bardzo dobre miejsce turystyczne, warto je odwiedzić ale to co zawsze ujmuje mnie najbardziej to widok na dworzec kolejowy. Postaram się kiedyś pojechać tam wieczorem, aby zobaczyć zachodzące słoneczko. Miałam plan aby załatwić bilety wstępu do którejś z cesarskich willi ale kolejny raz się spóźniłam z rezerwacją.

Japan 2016 - Kyoto. Day 5.

Japan 2016 - Kyoto. Day 5.

Japan 2016 - Kyoto. Day 5.

Japan 2016 - Kyoto. Day 5.

Japan 2016 - Kyoto. Day 5.

Japan 2016 - Kyoto. Day 5.

Japan 2016 - Kyoto. Day 5.

Po oględzinach, całkiem udanych trzeba było wracać do hotelu po odbiór bagaży. Hikari miałam dopiero w okolicach 17:00 ale jeszcze musiałam podskoczyć po kilka drobiazgów. Do Tokyo zajechałam naprawdę późno. Jak wspomniałam w poprzednich postach z relacji z wyjazdu z tego roku, pierwszy raz w życiu miałam problem z rezerwacją, która została odwołana, więc na gwałt załatwiało się inne lokum. Padło na hotel w dzielnicy Asakusa. No ale żeby się tam dostać, to jeszcze obowiązkowa przesiadka na Ueno. Hotelu też nie mogłam ciamajda znaleźć, bo nie w tą mańkę poszłam... 22:00 o tej godzinie otworzyłam drzwi do hotelowego pokoju.

Japan 2016 - Kyoto. Day 5.

Japan 2016 - Kyoto. Day 5.

Japan 2016 - Kyoto. Day 5.

Japan 2016 - Kyoto. Day 5.

Zrzuciłam bagaże, zapaliłam i podreptałam do combini po szamanie. Doczłapałam się z powrotem i padłam na mega wielkie i puszyste łóżeczko. Morfeusz? Witaj przyjacielu XD

Zdjęcia tam, gdzie zawsze

środa, 15 czerwca 2016

Muzeum Narodowe - Brescia. Renesans na północy Włoch.

Po traumatycznych przeżyciach z soboty związanych z "remontem" łazienki, kiedy to wanna zgodnie z prawem Murphy'ego (Rzeczy ulegają zniszczeniu wprost proporcjonalnie do swej wartości) postanowiła się rozlecieć, doszłam do wniosku, że łaknę odrobiny kultury.

W niedzielę więc wybrałam się na wystawę, która miała swój wernisaż 2 czerwca w Muzeum Narodowym w Warszawie. Mowa oczywiście o "Brescia. Renesans na północy Włoch", która będzie dostępna dla zwiedzających do 28 sierpnia. Bardzo się na nią nastawiła, bo gdy tylko w zeszłym roku przeczytałam na stronie internetowej muzeum, że mają zamiar sprowadzić obrazy Tycjana, to wiedziałam, że muszę na nią iść. Tycjan należy do grona moich ulubionych malarzy włoskich. Jego Flora, Miłość niebiańska i miłość ziemska, cykl Danae, Wenus i organista czy Wenus i Amor są dla mnie szczególnie wyjątkowe. No ale wiadomo, każdemu ma prawo podobać się co innego.

IMG_3876

Ale wracając do wystawy. W tytule zamieszczono podtytuł: "Moretto, Savoldo, Moroni, Rafael, Tycjan, Lotto". Sami przyznacie, że wspaniałe nazwiska! Nie spodziewałam się, że Muzeum sprowadzi najwspanialsze dzieła tych artystów ale liczyłam po cichu na kilka perełek. Wiem, że Muzea z roku na rok dostają coraz mniejsze dotacje, co ma niestety realne przełożenie na "jakość/fame" sprowadzanych malowideł. Jednak po wyjściu z wystawy miałam strasznie mieszane uczucia.

Na przykład w przypadku "mojego" Tycjana sprowadzili jedno dzieło a mianowicie "Portret Gabriela de Luetz" (1541-1543) z Mediolanu, czyli portret Ambasadora Francji w Turcji. Obraz jest interesujący, szczególnie z uwagi na głębie tła, które bez względu na to, czy patrzy się z lewej czy z prawej strony daje niesamowitą głębię i efekt wymiarowości. Krytycy sztuki, szczególnie w tym obrazie zarzucali artyście, że próbował odzwierciedlić w postaci Ambasadora samego siebie. Faktycznie, można dostrzec tutaj pewne podobieństwa. Jednak nie jest to dzieło, które najchętniej widziałabym na takiej wystawie :/

IMG_3892

No ale wracając do samej wystawy. Nie będę Was zarzucać wszystkimi dziełami, które można obejrzeć - poruszę tylko te, który mi osobiście przypadły do gustu.

Rafael - zaprezentowano dwa obrazy: "Chrystus błogosławiący" i "Madonna z dzieciątkiem". Ten drugi, znany pod innym tytułem "Madonny z goździkami" jest obrazem milszym dla mojego oka. Z malowidłem tym wiąże się prawdziwa walka - warto poczytać o niej na łamach NIMOZ'u. Początkowo sądzono, że jest to tylko kopia oryginału ale ekspertyzy przeprowadzone w 1991 r. potwierdziły jego autentyczność i ostatecznie przypisano go do samego Rafaela.

IMG_3877

IMG_3905

Luca Mombello "Immaculata i Bóg Ojciec" to ciekawa praca w której połączono aspekt mitologiczny w postaci zwierząt i religijny w nawiązaniu do Edenu. Trochę poplątana ale przenikająca się wizja, w której to Maryja z dziesiątkiem zgniata stopą węża o głowie kobiety, stojąc pod rajską jabłonią. Obok niej stoi król - pytanie czy chodzi o Boga Ojca czy też Davida jak niektórzy przypuszczają. Na kolejnym planie widzimy fontannę z archaniołem - źródło życia? Obraz wyeksponowano w pięknie zdobionej ramie.

IMG_3878

Antonio Campi "Zuzanna i starcy". Nie wiem czy jest Wam znany motyw obrazu więc go trochę przybliżę. Scena przedstawia Zuzannę, która była żoną Joakima oraz dwóch starców (sędziów). Obaj byli nią oczarowani i podczas gdy Zuzanna brała kąpiel, obok niej pojawiło się tych dwóch panów. Jak łatwo się domyśleć chcieli ją dla siebie, jednak spotkali się z odmową. Urażeni oskarżyli ją o cudzołóstwo, za co groziło ukamienowanie. Za dziewczyną wstawił się jednak prorok Daniel i obnażył ich kłamstwo za co zostali skazani na śmierć. Sam obraz jest naprawdę imponujący a postać Zuzanny wręcz magiczna. Widzimy piękną młodą kobietę o lekko atletycznej budowie ciała, która po kąpieli próbuje się okryć przed pożądliwym wzrokiem starców. Może sam obraz i jego tytuł nie jest tak znany jak dzieła chociażby Rembranta ale wart jest uwagi.

IMG_3880

Lorenzo Lotto "Pokłon pasterzy" i "Święta rodzina ze św. Katarzyną". W przypadku tych obydwu dzieł łatwo dostrzegalnym wyróżnikiem na tle innych zaprezentowanych na tej wystawie obrazów jest ich żywa kolorystyka. Również jeżeli chodzi o fakturę ubrań postaci można odnieść wrażenie, jakby były żywe.

IMG_3883

IMG_3885

Alessandro Bonvicino "Św. Mikołaj z Bari przedstawia tronującej Madonnie z Dzieciątkiem uczniów Galeazza Rovellia" oraz "Wieczerza w Emaus". Ten pierwszy obraz przemawia do mnie bardziej, z uwagi na nierealność Madonny - jakby była zjawą. Drugi nawiązuje oczywiście do motywu biblijnego z Ewangeli Św. Łukasza o dwojgu uczniów Jezusa, gdy kilka dni po jego śmierci, wybrali się do Emaus, wioski pod Jerozolimą. Po drodze spotkali nieznajomego, którego zaprosili na kolację w gospodzie. W chwili, gdy łamał i błogosławił chleb, zorientowali się, że to zmartwychwstały Chrystus.

IMG_3887

IMG_3889

Francesco Bassano II "Kuźnia Wulkana", obraz należy do zasobów MNW. Trzeba przyznać, że malarz musiał się nad nim napracować - bardzo dużo szczegółów i detali. No i ten niesamowity horyzont, gdzie widzimy przebijające się światło zza góry.

IMG_3903

Paris Bordone "Wenus i Amor", również obraz z zasobów MNW. Bordone był uczniem Tycjana ale nie o tym chciałam napisać. Czy wiecie może, kto był ostatnim właścicielem tego akurat obrazu? Nie? Adolf Hitler... Powiesił go sobie w swojej rezydencji nad kominkiem. Polecam do przeczytania króciutki artykulik.

IMG_3898

A na koniec będzie kobieta, czyli Sofonisba Anguissola "Autoportret przy sztaludze". Umówmy się, w tamtych czasach kobiety o ile bywały obiektami zalotów, w pracy nawet artystycznej miały raczej ciężko. No chyba, że pochodziły z rodzin w których ojciec był już malarzem o ugruntowanej pozycji albo z arystokratycznych rodów - wtedy sytuacja wyglądała dużo lepiej. A jeśli jeszcze, zostało się docenionym przez samego Michała Anioła, to sami rozumiecie. W czepku urodzonym to za mało powiedziane. Oczywiście, nie można zapomnieć o innych artystach okresu jak chociażby Artemisia Gentileschi (choć ta łatwego życia nie miała... pragnę podziękować za jej obraz "Judyty zabijającej Holofernesa" - zawsze jak na niego spojrzę to mi lepiej), Marietta Robusti (córka Tintoretto przez co nazywana Tintoretta), Barbara Longhi czy też rzeźbiarkę Properzia de' Rossi. A jednak trochę ich było.

IMG_3894

Flickr i moje zdjęcia z wystawy.

wtorek, 7 czerwca 2016

Matsuri - piknik z kulturą japońską. 04 czerwca 2016 r. - Torwar, Warszawa.

Końcówka ubiegłego tygodnia była naprawdę intensywna. W piątek, w gmachu Muzeum Wojska Polskiego PSMJ miało swoje spotkanie, którego głównym tematem były zbroje japońskie. Jak zwykle wykład rozpoczął się o 17:00. Na pierwszy rzut poszedł film pokazujący jak w zbrojach w ogóle walczono i jakie ruchy można było w nich wykonać. Ciekawym aspektem było ukazanie jakiemu typowi obrażań zadawanych mieczem zbroja musiała sprostać w starciu bezpośrednim. Trochę czasu poświęcono na omówieniu przyniesionych przez kolegów na spotkanie eksponatom m.in. mieczom oraz tsubom. Również z zasobów eksponatów muzealnych dostaliśmy do obejrzenia elementy zbroi japońskiej. Skończyliśmy gdzieś w okolicach 20:00, bo następnego dnia musieliśmy stawić się wypoczęci na Torwarze już o 9:00 rano.

Matsuri sprawia, że przez kilka dni po jego zakończeniu funkcjonuję jak zombi. Adrenalina, doskonała zabawa na pikniku, przygotowania, "obsługa" zwiedzających - endorfiny szaleją na 100%. Przygotowania do pikniku rozpoczęły się na miesiąc przed 4 czerwca - tak aby mieć jeszcze trochę czasu na doszlifowanie stoiska PSMJ.

W tym roku na drugim piętrze, gdzie się mieściliśmy, razem ze stoiskami wycinanek japońskich oraz muzeum Manghha, dostaliśmy do dyspozycji połowę sali. Pokazaliśmy m.in. warsztat płatnerza wykonującego zbroje, kilka ciekawych zbroi, warsztat z prezentacja metod zdobniczych, pokazy szlifu końcowego głowi. Eksponatów mieliśmy w tym roku naprawdę dużo: groty strzał, miecze, tsuby, rudę żelaza, etc. Również do dyspozycji mieliśmy ekran multimedialny, na którym cały czas prezentowane były filmy o tematyce mieczowej - czyli cały proces powstawania głowni. Koledzy uwijali się jak w ukropie aby móc pokazać zwiedzającym miecze. Niektórzy mieli okazję nawet do potrzymania głowni czy też przymierzenia hełmu (kabuto). Dobrze, że mieliśmy dużo wody, bo gardła padały jedno po drugim! Moje też, ale wiadomo jak się jest jedynym "rodzynkiem" pośród Panów to trzeba zabawiać ludzi i zarażać pozytywną energią ^^ Dzięki Buddo, że jeszcze do pomocy zgłosiła się Kasia, chociaż sądzę, że nie spodziewała się takiego zamieszania ;)

Matsuri 2016 Torwar Warszawa

Matsuri 2016 Torwar Warszawa

Matsuri 2016 Torwar Warszawa

Matsuri 2016 Torwar Warszawa

Z atrakcji pobocznych dla zwiedzających były m.in akcja przygarnij kabuto, czyli hełm wykonany z papieru (origami) - 400 szt. rozeszło się w 5 godzin. Była też loteria z nagrodami i o dziwo, wszystkie osoby wylosowane odebrały magiczne paczuszki. Nawet jedna Pani, chyba nie do końca wierzyła w swoje szczęście, bo prawie się Nam rozpłakała na stoisku :) Mieliśmy też trochę naklejek z logo PSMJ w kształcie sashimono czyli bojowego sztandaru. Coś słodkiego (krówki) dla dużych i przede wszystkim najmłodszych zwiedzających też się znalazły. Obkleiliśmy również wszystkie możliwe ściany zdjęciami drzeworytów oraz rysunkami, przedstawiającymi nazewnictwo oraz budowę miecza japońskiego.

Matsuri 2016 Torwar Warszawa

Matsuri 2016 Torwar Warszawa

Matsuri 2016 Torwar Warszawa

Jestem bardzo szczęśliwa, że kilku moich znajomych znalazło chwilę aby odwiedzić stoisko PSMJ. Bardzo Was przepraszam, że nie poświęciłam Wam więcej czasu ale sami widzieliście jaki kocioł miałam na stoisku. 

Teoretycznie Matsuri zakończyło się o 19:00 ale zanim się spakowaliśmy, zanim załadowaliśmy wszystko do samochodów to zrobiła się godzina 21:00... Z Torwaru też nie mogliśmy się wydostać, bo trwał właśnie bieg Legii. Rozpakowywanie dóbr zostawiłam na niedzielę, bo już naprawdę siły nie miałam na nic. Nawet nie poszłam na trening, tylko jeszcze wykrzesałam energię na 30 km na rowerze a potem padłam elegancko jak dama na łóżko @@

Zdjęcia tutaj.

niedziela, 29 maja 2016

Furikake.

Jestem uzależniona od furikake [ ふりかけ ], czyli w skrócie - japońskich posypek do ryżu. Są one zazwyczaj pakowane w hermetycznie zamykanie torebki lub słoiczki o różnej wielkości. Można je z powodzeniem stosować do gotowanego ryżu ale również do warzyw, ryb czy nawet w omlecików, sałatek, onigiri, makaronów. 

Skład furikake jest zazwyczaj zbliżony do siebie ale nie zawsze. W ich skład wchodzi mieszanka suszonych albo mielonych ryb, sezam, posiekane wodorosty, cukier i sól. Często też w składzie znajdziemy katsuobushi (bonito), okaka (to też bonito, tylko namoczone sosem sojowym które następnie się suszy), łosoś lub inne ryby w postaci granulek albo suszonych kawałków. Może też być jajko w proszku, miso, warzywa, etc. To co w furkikae jest fajne, to kolorystyka posypki, która z całą pewnością urozmaica danie a przede wszystkim wpływa na jej smak. 

A skąd się w ogóle wzięło furikake? Well, kiedyś czytałam, że z początkiem XX wieku, Japończycy cierpieli na braki wapnia w diecie. Wtedy właśnie w prefekturze Kumamoto, pewien farmaceuta wymyślił aby zrobić mieszankę w której skład wchodziły ryby, wodorosty, mak i coś jeszcze (wybaczcie - nie pamiętam co). Taka mieszanka miała być dodawana do potraw aby wzbogacić dietę. Nazywało się to Gohan na tomo, w wolnym tłumaczeniu - przyjaciel ryżu. Później pewna firma, wykupiła recepturę i zaczęła produkcję na większą skalę. 


(zdjęcie nie jest mojego autorstwa, pochodzi ze strony internetowej www.svilnapot.com)

Lata po tych wydarzeniach, powstała gdzieś w okolicach Fukushimy kolejna odsłona tego produktu. Tym razem była to wersja podobno dla bardziej zamożnych, którzy mieli w tym okresie dostęp do białego ryżu codziennie. Wiadomo z historii, że najlepsze potrawy są najprostsze. Na przykład tak uwielbiane przez Nas okonomiyaki, powstawały z produktów które były dostępne dla mas w czasie II wojny światowej - mieszano po prostu resztki, bez mięsa i robiono "omleta". Podobnie było w tym przypadku, tylko że wersja furikake była dostępna tylko dla bogatych. Nazywało się to Kore wa umai - czyli to jest pyszne/dobre. Kilka lat później produkt ten został udostępniany dla klasy robotniczej.


(zdjęcie nie jest mojego autorstwa, pochodzi ze strony internetowej: http://blogs.yahoo.co.jp/sbptq290/GALLERY/show_image.html?id=3583110&no=0 )


Jednak największą popularność furikake zyskało dopiero w okolicach 1950 r., kiedy to firma Nissin Foods zaczęła je wytwarzać na skalę masową. To ta firma, która odpowiada za Cup Noodle. Problem niedożywienia był tak potężny, że produkt ten kolejny raz okazał się dobrym źródłem białka i wapnia. Oczywiście po wielu modyfikacjach i doborze składników.

Tak naprawdę terminu furikake używa się od 1959 r., kiedy to utworzono w Japonii - Krajowe Stowarzyszenie Furikake. Ciekawe swoją drogą, czy u Nas np. kiedyś utworzą ... krajowe Towarzystwo Majonezu... Łąckiej... Ogórków Małosolnych :)

Obecnie typów, wykorzystywanych składników jest tak dużo, że trudno to ogarnąć. Tak samo, jest wielu producentów tego przysmaku. Ja osobiście uwielbiam wpadać do 100 yen shopów i ręką ściągać z pułki wszystkie dostępne paczki. Ostatnio przywiozłam ich ze 20 :) W Polsce jest z tym problem, znaczy z zakupem. Bo jak się gdzieś, cudem nieopisanym uda je wypatrzeć, to trzeba zapłacić ok. 20 zł. No, sami rozumiecie 4-5 zł a 20 zł.

Furikake

Furikake

A oto reklama moich ulubionych posypek XD


Będąc w Kyoto na spotkaniu z M., dostałam od niego Yukari pen. Można powiedzieć, że to też taka wersja furikake tyle, że zamknięta w długopisie. Składa się ze zmielonych czerwonych liści shiso (pachniotki). No bo przecież zawsze dobrze mieć w Japonii, idą do restauracji i zamawiając gohan, swoje własne furikake :)

Furikake Yukari pen

Najlepiej pokazał to Teraminato w swoim filmie - gorąco polecam obejrzeć.



 いただきます ^^

piątek, 27 maja 2016

Gdzie są moje klocki?

Nie tak całkiem dawno temu, moja mała kolekcja klocków Lego powiększyła się o kolejny zestaw. To następny zestaw z serii Star Wars a mianowicie Tydirium - Imperialny wahadłowiec (numer 75094). Przyznam się szczerze, że zbierałam się do niego kilka dni. Powód? Assassin's Creed Unity na PS4 :) Nie mogłam oderwać się od tej "przeklętej" gry, tak mnie pochłonęła. 

No ale w końcu, usiadłam i po 3 godzinach oraz znaczących 15 minutach miałam już pojazd w całości. Prawie. Okazało się, że w zakupionym zestawie brakuje dwóch części do jednego skrzydła. Przeszukałam wszystkie torebki, całą podłogę i nie znalazłam ich. Suma sumarum trzeba było wyciągnąć pudełko z moimi starszymi klockami i dopasować brakujące elementy. Bez tragedii, bo w komplecie wahadłowca brakowało 2 prostokątów 12x2. No ale co zrobić, bo przecież zestaw nie jest kompletny.

Lego Star Wars Tydirium

Strona internetowa i customer service. Napisałam do Lego, że zestaw nie jest kompletny. Weszłam na formularz i zamówiłam brakujące elementy. W odpowiedzi otrzymałam mail, w którym Lego poinformowało, że przyśle mi paczuszkę i będę mogła dalej "budować". Tak też się stało, i właśnie kilka dni temu dostałam do skrzynki przesyłkę a w niej elementy oraz list przepraszająco-wyjaśniający.

Lego Star Wars Tydirium

Kiedyś oglądałam program na National Geographic, dokument o megafabrykach. Jeden odcinek poświęcony był właśnie Lego. Pamiętam jak chwalili się, że wprowadzenie skomputeryzowanego systemu kontroli jakości, do minimum eliminuje dekompletację zestawów przy procesie pakowania. No cóż, jak widać nie zawsze ^^ Nie jestem pewna czy to ten dokument ale wrzucam na stronę, bo fajnie pokazali proces projektowania nowego zestawu.


Han Solo i Chewbacca są szczęśliwi, mogą wreszcie ruszać w kosmos ;)

  Lego Star Wars Tydirium

czwartek, 26 maja 2016

Japonia 2016 - Kyoto. Dzień 4.

Pakowanie się o 2 w nocy jest naprawdę złym pomysłem. Szczególnie, gdy spakuje się kawę i zapomni się gdzie się ją włożyło a rano człowiek potrzebuje kofeiny. To bardzo zły pomysł był. No ale jakoś udało się dopchnąć wszystko i korzystając z komunikacji miejskiej dojechać do stacji shinkansenów na Tokyo. Poprzedniego dnia jeszcze załatwiałam bilety, więc bez pośpiechu, przed wejściem do pociągu zdążyłam popełnić zakupy i zapalić. Tak, nic się nie zmieniło - nadal kopcę jak komin :)

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Do Kyoto w komfortowych warunkach zapewnionych przez Hikari, dojechałam gdzieś w okolicach 12. Od lat, jak tylko wyląduje w tym mieście, to staram się zakwaterować w hotelu kolejowym czyli Granvii. Problem z tym przybytkiem polega tylko na tym, że check-in jest od 15. W sumie małe przepakowano w lobby i już można było ruszać w miasto.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Pierwsze kroki skierowane zostały do zamku Ninjo. To jest całkiem wdzięczny obiekt historyczny do zwiedzania. Przede wszystkim z uwagi na historię, ogród a także słowicze podłogi. Brama główna niestety była zasłonięta bo w trakcie renowacji. Planowany termin otwarcia jest ustalony na 2019 rok.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Pech chciał, że dzień wcześniej skończyło się nocne zwiedzanie ogrodów. Pamiętam jak kilka lat temu, moi rodzice byli w Kyoto w trakcie tego wydarzenia. Wieczorne zwiedzanie, przy zamontowanym oświetleniu drzewek sakury tworzy naprawdę niesamowity klimat. Dodatkowo w okolicach bramy głównej rozstawione były różne kramiki, gdzie można było spróbować "festiwalowego" jedzonka. No cóż, w tym roku spóźnienie wyniosło 1 dzień ^^

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Będą w Kyoto nie można nie odwiedzić złotego pawilony albo srebrnego. Najlepiej zaliczyć dwa. Słyszałam, że mieszkańcy i odwiedzający to miasto, prowadzą mały "spór", która z tych budowli jest ładniejsza. Trudno powiedzieć, i jedna i druga jest urokliwa. Może złoty pawilon jest bardziej turystycznym i bardziej obleganym miejscem. Ja jednak wolę srebrny pawilon. Chciałabym kiedyś móc odwiedzić go w nocy, przy świetle księżyca i zobaczyć, czy faktycznie jego poświata sprawia, że żwir wygląda jak mieniąca się woda. A złoty pawilon jak zawsze był mega oblegany, doszło już nawet do tego, że przy punkcie widokowym, służby porządkowe kierowały ruchem zwiedzających. Po wyjściu z kompleksu, okazało się, że poprawiają zbocze jedne z otaczających kompleks z gór. A przy okazji i parking też przebudowali, a sklepik z pamiątkami, który był na końcu, zmienił swoje miejsce lokalizacji. Prace nadal trwają i nie jestem pewna kiedy się zakończą.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Później podjechało się do taksówką, bo czasy było naprawdę mało, pod budynek urzędu miasta. okazało się, że tego dnia w Kyoto był jakiś zlot oldtime'ów i na ulice wyjechały pięknie utrzymane zabytkowe samochody. Chyba z 20 minut stałam z otwartą buzią i śliniłam się na widok tych cudeniek.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Późno się strasznie zrobiło, więc czym prędzej ruszyliśmy w stronę Karasumy aby jeszcze zdążyć zanim zamkną Nam targ Nishiki. Jak zwykle, specyficzny zapach pikli i kiszonek dostał się w nozdrza. Zawsze chce sobie przywieźć choć jedną paczuszkę tego dobrodziejstwa, ale terminy przydatności do spożycia są bardzo krótkie, więc tego nie robię ... buuu :) Bardzo lubię tam chodzić, nie tylko z powodu niesamowitego klimatu tego miejsca, i kilku sklepów które staram się odwiedzić, za wszelką cenę. Jest tam bardzo fajny sklep z papierem washi, antykwariat z drzeworytami, sklep z nożami Aritsugu, wytwórnia kosmetyków naturalnych produktów... tyle miejsc a tak mało czasu.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.

Pod wieczór, dotarliśmy do hotelu. Nastąpiło mało przepakowanie i szybko poszliśmy jeszcze do Porty na kolację. Czasu było naprawdę mało, bo jeszcze okazało się, że o 20 do hotelu przyjeżdża znajomy i kilka godzin w hotelowej restauracji spędziliśmy rozmawiając. Staram się zawsze przywieźć coś z Polski jako prezencik, więc tym razem padło na Nasze rodzime trunki oraz słodycze. Był pomysł na ser, ale M. jechał tego dnia (o 21:37) do Tokyo na seminarium, więc ten pomysł upadł bardzo szybko. Nie wiem, jak trafiłam do łóżka, pamiętam, że napiłam się jeszcze kawy, zapaliła, przysnęłam w wannie i... jakoś tak wyszło. Ten dzień był naprawdę fajny ale totalnie pozbawił mnie energii.

Japan 2016 - Kyoto. Day 4.



Zdjęcia z dnia tutaj